Główne menu

Czy kobiety rzeczywiście zarabiają mniej i skąd się to bierze?

Niższe płace to jeden z najgłośniej krytykowanych przejawów nierówności płciowej. Zgodnie z prawem, kobietom należy zapewnić do rynku pracy taki sam dostęp jak mężczyznom, i dokładnie według tych samych zasad mają być one wynagradzane. Ale przepisy swoje, a rzeczywistość swoje. I nie wygląda ona najsympatyczniej. Raporty co i rusz alarmują – kobietom płaci się mniej! Nawet w państwach postrzeganych jako wzór polityki równościowej wystarczy przychodzić do pracy w spódnicy, by pensja skurczyła się o kilkanaście procent.

Tylko czy rzeczywiście gorsze zarobki to zawsze efekt płciowej dyskryminacji? Czyżby wbrew obowiązującej narracji ta wstrętna mizoginia w dalszym ciągu rządziła gospodarką? A może ten skutek ma zupełnie inne przyczyny?

Statystyki są bezlitosne

Na jakie statystyki by nie spojrzeć, za każdym razem wychodzi, iż pensje kobiet są niższe od zarobków mężczyzn. W Polsce, według GUS, kobiety zarabiają średnio o 20 procent mniej. Bez względu na branżę, mężczyzna niemal zawsze może liczyć na lepsze uposażenie. Specjalista zarabia około 1.000 zł więcej, natomiast za najprostsze prace kobieta dostaje ok. 400 zł mniej od mężczyzny. Przeciętne wynagrodzenie wyższego urzędnika i kierownika w instytucji państwowej to 6518 zł, urzędniczki i kierowniczki – 4768 zł. W sektorze prywatnym rozbieżności mają być jeszcze większe, nawet w granicach 30 procent.

Ale nie tylko nad Wisłą nie docenia się żeńskich pracowników. Amerykański Institute for Women’s Policy Research wyliczył, że w 2015 roku różnica w zarobkach w zależności od płci sięgnęła 21 procent, na niekorzyść pań oczywiście. W Europie nie jest lepiej – dla UE średnia różnica w płacach wynosi 16,4 proc. Choć, co ciekawe, zdaniem Eurostatu polskim kobietom może zazdrościć prawie cały kontynent – Polki zarabiają „tylko” 6,4 proc. mniej od mężczyzn, a lepszym wynikiem pochwalić może się jedynie Malta (5,1 proc.) oraz Słowenia (3,2 proc.). Równie zaskakujące jest to, że wśród najbardziej niesprawiedliwych płacowo krajów znajdują się Niemcy (21,6 proc.), Wielka Brytania (19,7 proc.), Austria (23 proc.), Finlandia (18,7 proc.), Szwecja (15,2 proc.), Dania (16,4 proc.), czyli państwa, gdzie teoretycznie kładzie się ogromny nacisk na równouprawnienie.

Skąd te liczby?

Ale wiadomo, jak to jest ze statystyką – wyjdź z psem na spacer i okaże się, że masz trzy nogi. Dane wkurzają, niemniej warto się im przyjrzeć chłodnym okiem. I co wtedy wychodzi? Kluczowa jest metodologia, dlatego dane GUS są inne, a Eurostatu inne. Po dokładniejszym przeanalizowaniu statystyk staje się jasne, że różnic płacowych nie można zwalić wyłącznie na niechęć do płci żeńskiej.

Weźmy krajową budżetówkę. Stawki są tu sztywne i przypisane do konkretnego stanowiska. I dokładnie taką samą pensję dostanie pani Zosia, jak i pan Marian, jeśli zostaną na tym stanowisku zatrudnieni. Przyczyna, dla której pani Zosia zarabia jednak mniej leży w tym, że aplikuje na gorzej płatną posadę.

laptop-1149412_1920

Przeprowadzona w 2014 roku kontrola NIK wykazała, że kobiety pracują głównie w tych jednostkach, które odpowiadają za organizację i administrację, podczas gdy panowie przeważają w działach zajmujących się profesjonalną realizacją konkretnych działań. A że „działania” wyceniane są drożej, to i pensje takich pracowników są atrakcyjniejsze. Jednocześnie NIK stwierdziła, że przy analogicznych stanowiskach i tym samym zakresie obowiązków wynagrodzenia były jednakowe dla obu płci i do uchybień w tym zakresie dochodziło niezmiernie rzadko.

W prywatnych firmach te zasady równości są częściej naginane, aczkolwiek i tutaj widać jasną zależność pomiędzy płacą a branżą. Kobiety rzeczywiście są lepiej wykształcone, ale co z tego, skoro wybierają kierunki mało dochodowe. Dziewczyny widzimy przede wszystkim na wydziałach humanistycznych, które, delikatnie mówiąc, chleba nie dają. I dlatego zdarza się im zarabiać mniej od faceta, co to niespecjalnie ślęczał nad książkami, za to ma praktyczny fach w ręku. Zawody mocno sfeminizowane zazwyczaj nie generują bezpośredniego zysku, a to właśnie produkcja jest najlepiej płatna. W efekcie pracownik zatrudniony w przemyśle, np. rafinerii, przyniesie do domu więcej pieniędzy niż super wykształcona księgowa, która niczego, poza papierami, nie wytwarza. I rzeczywiście, gdy się spojrzy już na bardzo szczegółowe dane, to różnice płacowe są wręcz minimalne – przykładowo, kobiety inżynierki w firmach budowlanych zarabiają przeciętnie o 3 proc. mniej od swoich kolegów. Jesteśmy więc już o krok pełnej sprawiedliwości.

Wysiłek popłaca

No dobrze, ale różnice płacowe zdarzają się także w przypadku równorzędnych stanowisk. Jak to wytłumaczyć? Znowu wszystko rozbija się o szczegóły. To samo stanowisko niekoniecznie oznacza taką samą pracę, a przede wszystkim – nie taką samą wydajność. Niech to będzie doradca finansowy. Ta sama posada, zasadniczo te same zadania, ale facet zarabia więcej. Rażąca niesprawiedliwość? Bynajmniej. On po prostu sprzedał więcej kredytów, zdobył nowych klientów, zaproponował innowacyjne rozwiązania. Okazał się dla firmy cenniejszym nabytkiem i w nagrodę otrzymał wyższe wynagrodzenie. I dokładnie tak samo działa to w drugą stronę – gdy kobieta wykaże się lepszymi wynikami, zarobi więcej od mężczyzny.

To zresztą często przytaczany argument: skoro kobiety wykonują te same obowiązki dokładnie tak samo jak mężczyźni, to dlaczego w firmach nie ma czysto babskiego personelu? Przecież jeśli nie każdy, to pewnie większość szefów wolałaby mieć dobrych pracowników tańszych o jedną czwartą. A tak nie jest. Wolą przepłacać w imię solidarności jąder? Jeżeli faceci potrafią tak świetnie liczyć, to przynajmniej część z nich doszłaby do konkluzji, że zatrudnianie kobiet zwyczajnie by się im opłaciło, przecież właśnie z takich powodów przenosi się produkcję do Bangladeszu, bo jest taniej. I nagle co, pogarda do bab jest tak silna, że właściciel woli stracić, niż zatrudnić samice?

W wielu firmach kobieta zarabia mniej niekoniecznie dlatego, że jej szef uparł się zgnoić płeć przeciwną. Panie niestety mają niższe oczekiwania finansowe. Często jest bowiem tak, że firma nie mówi, ile zapłaci, tylko prosi o propozycje. A kobiety w takiej sytuacji wymieniają niższe kwoty. Panowie cenią się wyżej, czasami aż za bardzo, na zasadzie: a co mi tam, zaryzykuję, a nuż się uda. I jak się uda, są bogatsi o kilkaset złotych. Również mężczyźni częściej składają wnioski o podwyżkę oraz awans, kobiety zaś są bardziej zachowawcze, wolą się nie wychylać, bo jeszcze w ogóle stracą to, co mają albo nagle szefostwo zacznie jej zbyt uważnie patrzeć na ręce. Nie warto. Plus wieczna nadzieja, że firma sama ją doceni i zapłaci więcej, co owszem, zdarza się, ale nie jest powszechną praktyką.

Mniej pracujesz, mniej zarabiasz

Wyższe zarobki mężczyzn wiążą się również z tym, że spędzają oni w pracy więcej czasu i częściej biorą nadgodziny. Przeciętny tydzień pracy kobiety to 37,1 godz., mężczyzn – 41,3 godz. Dwukrotnie więcej kobiet pracuje w niepełnym wymiarze i to panie przede wszystkim biorą urlop wychowawczy oraz zwolnienia lekarskie na opiekę nad dzieckiem. Ojcowie rzadziej niż matki wychodzą wcześniej z pracy, „bo przedszkole” i takie tam, chętniej za to pozostaną dłużej w biurze, mimo posiadania rodziny. Kobiety takiej swobody nie mają, to one zazwyczaj uginają się i poświęcają karierę na rzecz domu. To wszystko negatywnie odbija się na ich pozycji zawodowej, a więc i na zarobkach.

Ale dziś liczy się głównie efektywność pracy, a nie liczba wysiedzianych godzin, a tu kobiety pokazują, że wcale nie są z powodu dzieci mniej wydajne. Wręcz przeciwnie, mając świadomość, że muszą wrócić do domu o określonej godzinie, stają się mistrzyniami organizacji i dzięki temu są w stanie uporać się ze swoimi obowiązkami służbowymi szybciej niż osoby, które takiej presji nie mają. Oczywiście, pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, ale to wcale nie jest tak, że matka małych dzieci z automatu jest mniej wartościowym pracownikiem.

A jednak są gorsze

Różnice w płacach kobiet i mężczyzn można racjonalnie wyjaśnić, jednak pretensje feministek nie są tak całkowicie wyssane z palca. Nawet te przytoczone wcześniej dane, choć nie wyglądają zatrważająco, obrazują pewien problem, bo dziwnym trafem czynniki obniżające wysokość wynagrodzenia dotyczą wyłącznie kobiet. Czy stereotypy płciowe tak zupełnie nie mają nic do rzeczy? Da się bowiem zauważyć skłonność do wypłacania wyższych wynagrodzeń mężczyznom tylko dlatego, że są mężczyznami. Coś jak z czarnoskórymi – dla pewnych ludzi czarny zawsze będzie głupszy i gorszy, choćby wykazywał się takimi samymi umiejętnościami co biały konkurent.

Kobiecie płaci się mniej, bo jest słabsza, zbyt emocjonalna, mniej inteligentna, kłótliwa, nie ma autorytetu, w dodatku ona tylko czeka na to, by dostać etat i zajść w ciążę kilka razy pod rząd, by latami doić biednego pracodawcę. Jej pensja może być skromniejsza, bo ona przecież ma męża, a jeśli nie ma, to niech sobie znajdzie i po kłopocie. Nadal żywe jest myślenie, że facetowi trzeba zapłacić więcej, bo on utrzymuje całą rodzinę, choć to już nie XIX wiek, pensja kobiety jest równie ważna dla domowych finansów co ta męska, a czasami to właśnie matka jest jedynym żywicielem rodziny. I naprawdę bez większego trudu znajdziemy pracodawców święcie przekonanych, że kobiece przymioty sprawdzają się najlepiej w kuchni i sypialni, a nie zakładach pracy.

Uprzedzenia płciowe na rynku pracy opisano między innymi w doświadczeniu dotyczącym środowiska akademickiego (za: czasopismo naukowe PNAS). Uczestnikom eksperymentu przedstawiono CV różnych osób, ale o takich samych kwalifikacjach, wykształceniu, osiągnięciach, doświadczeniu. Aplikacje losowo przypisano do obu płci. Męskie CV były oceniane wyraźnie lepiej, mimo że obiektywne kryteria w niczym nie odbiegały od tych zawartych w CV żeńskich. I to mężczyznom oferowano na start wyższe wynagrodzenie, o około 15 procent. Po prostu, panowie dostawali „punkty za płeć”.

Bo ty rodzisz dzieci

Dyskusję o niższych pensjach kobiet kończy koronny argument – ciąża. Świat się już jakoś pogodził z tym, iż matki pracują zawodowo, ale nie zmienia to faktu, że możliwość zajścia w ciążę to czynnik zniechęcający do zatrudniania kobiet. Także wtedy, gdy jest to praca tymczasowa, dorywcza, w zasadzie wolna od ryzyka, że pracownica z powodu ciąży albo dzieci będzie zaniedbywać czynności służbowe. Pracodawcy najwyraźniej boją się kobiet i ich potomstwa, jak gdyby były to największe zagrożenia dla powodzenia ich biznesu.

Co gorsza, przepisy mające ułatwiać życie młodym kobietom działają jeszcze bardziej na ich niekorzyść. Ciężarnej czy karmiącej matki nie wolno eksploatować jak normalnego pracownika. Takie kobiety muszą mieć zapewnione dłuższe przerwy, nie mogą brać wielu nadgodzin czy pracować w nocy. Są, z punktu widzenia firmy, mniej wartościowe i generują straty.

O ile jednak ciąży i porodu ojcowie nie mogą wziąć na siebie, tak już wychowanie narodzonego dziecka jak najbardziej tak. I w tym bardziej należy upatrywać powodu, dla którego matki są postrzegane jako gorsi pracownicy. To, że kobieta z maluchem w domu będzie regularnie chodzić na zwolnienia, spędza szefom sen z powiek. Ale w stosunku do młodych ojców takich obaw nie mają, bo jakoś tak z góry się zakłada, że do dentysty z dzieciakiem albo na wywiadówkę pójdzie matka. I znowu, kłania się partnerski podział domowych obowiązków. Kobieta zarabia gorzej, więc ryzykuje swoją pracą, bo w razie czego mniej szkoda, jej częstsze absencje zmniejszają szanse na podwyżkę i lepszą posadę, i tak w kółko, zaklęty krąg.

Strach czy niechęć?

Ciąża jawi się jako wielkie niebezpieczeństwo, choć nie jest to wcale najczęstszy powód, dla którego firmy tracą pracowników płci żeńskiej. Kobietom z reguły zależy na szybkim powrocie do pracy, chociażby tylko dla pieniędzy, których rodzina zawsze potrzebuje więcej. A jeśli matki się żegnają ze swoim pracodawcą, to z tych samych powodów, co mężczyźni – najczęściej jest to chęć rozwoju oraz złe warunki w danym miejscu pracy. Ciąża i dzieci nie mają tu nic do rzeczy. No i warto pamiętać, że współczesna kobieta zachodzi w ciążę raptem raz, dwa razy w ciągu życia.

Obniżanie wartości kobiety jako pracownika tłumaczone jest strachem, że firma nagle straci członka zespołu, a przecież mężczyźni też nie do końca są tacy pewni. To już nie te czasy, gdy siedziało się w jednym zakładzie przez 40 lat. I to właśnie mężczyźni, ze swoją skłonnością do ryzyka, prędzej porzucą pracodawcę, jeśli konkurencja zapewni im atrakcyjniejsze warunki. To raczej kobiety są bardziej lojalne, podczas gdy mężczyźni patrzą głównie na swój interes, choć prawdą jest, że gdy odchodzi mężczyzna, kończą się też wszelkie zobowiązania finansowe wobec nich.

Wychodzi na to, że dopóki nie zmieni się mentalność, kobiety dalej będą na straconej pozycji. Biologiczne uwarunkowania są idealną pożywką dla krzywdzących stereotypów, prawdopodobnie więc dopiero wtedy, gdy mężczyźni faktycznie uwierzą, że kobiety nie są mniej produktywne i należy je oceniać tą samą miarą, będzie można się spodziewać płacowej równości. Ale do tego chyba jeszcze bardzo długa i kręta droga.

    7 komentarzy

  • Właśnie zdałam sobie sprawę, że poświęcam swoją karierę na rzecz domu. W zasadzie chodziło mi to już jakiś czas po głowie, ale Twój tekst dobitnie mi to uzmysłowił. Pomimo tego, że dzieci jeszcze nie mamy to już teraz widzę, że większość, o ile nie wszystkie obowiązki domowe spoczywają na mnie. A podejrzewam będzie tylko gorzej.
    Muszę coś z tym zrobić. Ale jak odzwyczaić faceta od tego, że to ja wszystko robię sama? Rozmowy nie pomagają, metoda marchewki również. Pomysł i prośba na następny wpis? 😉

    • edytawojtach@o2.pl' Edyta

      Propozycja do rozważenia 😉 Wydaje mi się, że z tym odzwyczajaniem jest trochę jak z odchudzaniem – człowiek przyzwyczaja kogoś do dobrego i przyjemnego, nawet nie wie kiedy to się obraca przeciwko niemu i kiedy w końcu dostrzega, że to zaszło stanowczo za daleko, szuka cudownych rozwiązań, najlepiej takich szybkich. A tu niestety, trzeba się namęczyć żeby wykorzenić te nawyki utrwalane latami, i podobnie jak przy diecie, kluczowa jest konsekwencja – słowem, nie poddawać się, dla własnego dobra 😉

  • To jest straszne, że kobiet nadal nie traktuje się na równi z mężczyznami w tej kwestii. Co to za wytłumaczenie ,,bo ty rodzisz dzieci”. To jak społeczeństwo ma istnieć bez tych dzieci? Jak inaczej przedłużyć ciągłość rodziny czy państwa? To jest argument, którego w ogóle nie powinno się podawać, bo to wstyd, że ktoś się czymś takim zasłania. Nie będzie tej kobiety w pracy, a płacić jej trzeba, no tak. Plus komuś, kto pracuje za nią, ale no takie życie.

    • edytawojtach@o2.pl' Edyta

      Moim zdaniem to trochę tak wygląda, jak gdyby się karało kobiety za to, że mają dzieci, choć z drugiej strony tak się im wyrzuca, że tych dzieci mieć nie chcą. I prawdę mówiąc wcale się nie dziwię, że kobiety nie chcą się rozmnażać, bo skoro się ich za to ani trochę nie szanuje i jeszcze rzuca kłody pod nogi…

  • Polska jest w moje opinii krajem, w którym kobiet się nie szanuje i postrzega się je tylko w kategoriach – za przeproszeniem – inkubatorów. Państwo wcale nie zachęca kobiet do aktywności na niwie zawodowej i edukacyjnej.

  • Czasy się zmieniają, a wraz z nimi postawy kobiet. Grunt to wziąć sprawy w swoje ręce i inwestować w rozwój swojej osobowości. Oprócz wykształcenia, pracodawcy stawiają dziś na kompetencje miękkie i to na nich warto się skupić. Poświęcenie odrobiny czasu i zaangażowanie na pewno poskutkują przewagą konkurencyjną na rynku pracy!

    Miejmy nadzieję, że wszystko idzie ku lepszemu!

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>