Główne menu

Czy umiemy przepraszać? Dlaczego mamy z tym taki problem?

Proszę, dziękuję, przepraszam. Trzy słowa, które powinny na stałe zagościć w naszym słowniku. Proste, wręcz banalne, lecz gdy przychodzi co do czego, nie potrafią przejść przez gardło. A już przepraszanie jest szczególnie bolesne, bo stawia nas w roli ludzi, którzy zbłądzili, nie mieli racji i okazali się źli. Coś przegrali.

To dość charakterystyczne, że przeprosiny często łączone są z jakimś ‘ale’ bądź ‘jeśli’. Da się wyczuć, że wynikają bardziej z obowiązku i chłodnej kalkulacji, niż ze szczerego żalu. Brakuje takiego zwykłego, bezwarunkowego ‘przepraszam’, że po prostu, nawaliło się i teraz jest przykro. I chciałoby się to naprawić. Nie, przeprosiny muszą być czymś obudowane, jak gdyby się chciało umniejszyć ich wagę i tym samym rozmiar własnej winy. Dlaczego mamy z tym taki problem?

Kto błądzi, ten przeprasza

Po co w ogóle przepraszamy? Bo byliśmy niegrzeczni. Od maleńkiego się nas uczy, że pewne rzeczy są be i się ich nie robi, a jak nie uda się powstrzymać, wypada przeprosić. Niby takie oczywiste, ale… Przeprosić jest ciężko, ponieważ to oznacza przyznanie się do błędu. Własnego błędu. To cios w ambicję, cios w autorytet. Fanga prosto w ego, jak dotykanie językiem bolącego zęba. Przyznanie, że nas poniosło, że nie miało się racji, że odsłoniło się tą mniej sympatyczną stronę swojej osobowości. Proces bolesny, który wielu przerasta, zwłaszcza gdy sytuacja była gorąca i dotyczyła kwestii fundamentalnych, bardzo ważnych dla przepraszającego. Do tego pojawia się wstyd, bo przepraszając, pojmujemy świństwo, jakie wyrządziliśmy. Wypierając jakieś czyny czy słowa, możemy się jeszcze łudzić, że nie było tak strasznie, ale gdy coś powie się na głos, to brzmi zupełnie inaczej. Przeprosiny niejako pieczętują winę, potwierdzają dobitnie, że ktoś się dopuścił podłości, popełnił zły uczynek. Już się tego nie wyprze.

Z przepraszaniem zwykle największy problem mają osoby z obsesją perfekcyjności, przekonane o własnych racjach, nieomylne. Które własną wartość i samoocenę budują na tym, czy uda się im zdominować pozostałych ludzi i okazać moralną wyższość. Najgorzej, gdy przychodzi przeprosić kogoś stojącego ‘niżej’, kogo traktowało się z wyższością, bo przecież on się na niczym nie znał i niczego nie rozumiał, a tu zonk, miał rację i wypadałoby mu ją oficjalnie przyznać. Ale jak to zrobić, kiedy aż ściska w mostku? Nagle potwierdzić, że ten protekcjonalizm nie miał pokrycia w rzeczywistości? To prawdziwa klęska i palący wstyd, a z takim poczuciem trudno jest wznieść się ponad urażoną dumę i powiedzieć: tak, racja była po twojej stronie. Przeproszenie jest niejako ustąpieniem terytorium, poddaniem się, prawie że wycofaniem z podkulonym ogonem. Kto by chciał sam się na to narażać?

Unikamy przepraszania również dlatego, że zamyka ono temat ‘to przecież nic takiego’. Pewne nasze grzeszki są bowiem regularne i nawet mając świadomość ich niestosowności, bagatelizujemy je, że to nic strasznego, nie róbmy z igieł wideł, czepianie się, fochy i tyle. Nie przepraszamy, bo chcemy wszystkich przekonać, że nie ma powodu. A jak wreszcie to zrobimy, klamka zapadła. Wychodzi, że to jednak coś, co rani innych. Skoro tak, kolejny podobny wyskok będzie już poważną przewiną. Teraz będzie nam towarzyszyć wyrzut sumienia, który nie dość, że odbierze radość z grzeszku, to jeszcze postawi nas w bardzo niekorzystnym świetle wobec drugiej osoby.

Ale za co?

Trochę w tym winy rodziców, którzy często każą nam za coś przepraszać, nie do końca tłumacząc, na czym polega problem. Nie ma wyjaśnienia, dlaczego to jest brzydkie, dlaczego komuś zrobiło się przykro, dlaczego za coś należy się kara. Jest krzyk, obwinianie, wpędzanie w poczucie wstydu i zmuszanie do posłuszeństwa, co wytwarza jakiś odruch obronny przed przepraszaniem, bo nie widzi się w tym głębszego sensu. Do tego dochodzi jeszcze niechęć rodziców do przepraszania za swoje błędy względem dzieci, co może utwierdzić w przekonaniu, że w naszym życiu są jakieś istoty wyższe i lepsze, stojące po stronie słuszności, i ci maluczcy, pełni przywar. I tak ‘przepraszam’ kojarzy się z poddaństwem i wrażeniem własnej niższości, więc gdy jest okazja, by się z tego wymiksować, to się z niej korzysta.

Dorosłe życie potwierdza zresztą tę regułę, bo nierzadko w przepraszaniu chodzi właśnie o to, kto pierwszy pęknie i uzna ‘zwierzchnictwo’ silniejszego. Przepraszając, nie chcemy czuć się gorsi, dlatego zwykle szukamy jakiegoś usprawiedliwienia dla siebie, że może i powinniśmy przeprosić, ale gdyby nie ktoś tam i coś tam, to wcale by do tej krępującej sytuacji nie doszło. Bo może i wydarłam się na dziecko, ale ono takie niesforne. Zrobiłam dym mężowi, ale on taki nieogarnięty. Byłam złośliwa dla koleżanki z pracy, ale ona mnie drażni. Zawsze coś, zawsze jakiś pretekst, żeby jednak nie przeprosić.

Bywa jednak i tak, że nie przepraszamy, bo nie chcemy się pogrążać w oczach własnych i cudzych. Chodzi o to, że utożsamiamy konkretne przypadki z cechami charakteru i jakby generalizujemy swoje przywary. Na zasadzie: przeproszę za kłamstwo, to pomyślą, że jestem kłamczuchą w ogóle. Przeproszę za złośliwość, wyjdzie, że jestem niefajnym człowiekiem. A nikt nie chce uchodzić za osobę przesiąkniętą wadami, więc nawet pojedyncze niedociągnięcia budzą grozę i sprawiają, że nie poczuwamy się do winy, bo przecież nie jesteśmy tacy.

Ciężka droga do przebaczenia

Zdarza się jednak, że do szczerych przeprosin płynących z głębi serca zniechęca nas sam poszkodowany. To stanie z rączkami na bioderkach i wyczekującym spojrzeniem mówiącym: no dawaj! Czekam! Kajaj się, dalibóg masz za co! To wszystkie te wygłaszane w przeszłości ‘jeszcze będziesz błagać o wybaczenie’, ‘odszczekasz to, zobaczysz’, ‘znowu chcesz przepraszać’, i inne odzywki w tym stylu. Niezbyt przyjemne, stawiające przeprosiny jednoznacznie w bardzo negatywnym świetle. To już nawet nie przeprosiny, to zwyczajny akt kapitulacji, i to na bardzo wstydliwych warunkach. Trudno się dziwić, że w takiej atmosferce mało kto pali się do wyciągania ręki na zgodę. Oczywiście, są sytuacje, w których przeprosiny są jak najbardziej wskazane i mamy prawo ich oczekiwać, bo ktoś naprawdę zachował się nie fair. Ale w sytuacjach mniejszego kalibru taka oskarżycielska postawa i chęć zgnębienia winowajcy odnosi z reguły przeciwny skutek, bo nawet gdy ten ktoś przeprosi, zachowa urazę. Właśnie za to, że musiał się ugiąć jak parobczak przed dziedzicem, zamiast szczerze i dobrowolnie przyznać się do winy. I następnym razem do przeprosin będzie jeszcze mniej skory.

Szczególnie trudne jest przepraszanie w związkach i w rodzinach, gdzie emocje są silne, ale niekoniecznie bardzo dobre. Władczy rodzic trzymający w garści cały dom raczej nie przeprosi dziecka za wyrządzoną krzywdę, bo przecież nie będzie się kompromitował przed smarkaczem. Facet nie przeprosi kobiety, bo nie jest pantoflarzem i nie zamierza się przed nikim płaszczyć. Żona nie przeprosi męża, bo niech on sobie przypadkiem za wiele nie wyobraża. Przeprosiny stają się próbą sił, kto pierwszy wyląduje na kolanach, kto pokaże, że mu bardziej zależy i w sumie to wcale nie chodzi o to, by rozwiązać dany konflikt i wyciągnąć jakieś wnioski, ale by mieć kolejny argument za tym, że jest się górą i dyktuje zasady. Proste, sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie.

Przepraszanie sprowadza się do zwykłego poniżania, a poniżenie jest jednym z najokropniejszych uczuć, jakich doświadczamy. W toksycznych relacjach jest zwykłe wymuszanie przyznania się do winy, jedynie po to, by sprowadzić kogoś na glebę, z morderczą satysfakcją. Po takich doświadczeniach nie traktuje się więcej przeprosin jako oczyszczenia, to jest coś ohydnego, do czego urażony w swojej dumie człowiek nie zamierza się więcej zniżać. Po prostu nie chce dłużej być brany za podludzia, który musi się korzyć przed panem w oczekiwaniu na łaskę.

Ok, niech będzie

Sytuacja się komplikuje, gdy konflikt jest dwustronny. Zawaliły dwie osoby, nałożyły się na siebie nieleczone urazy i pretensje, pojawiła się iskra i gotowe, mamy wojenkę i nikt nie kwapi się do paktowania rozejmu. Ale w rzeczywistości chciałoby się tę rękę pierwszemu wyciągnąć na zgodę, tyle że jest mały maleńki kłopot – wroga strona może wtedy poczuć, że jej w takim razie niczego zarzucić nie można, a to przecież nieprawda. Przepraszając za siebie oczekujemy, że druga osoba też przyzna swoją winę, ale w rzeczywistości nie zawsze tak się dzieje. No bo skoro ktoś wyznał grzechy, to można już umyć ręce. Sprawca przecież sam się zgłosił, pokajał, cała draka spada więc na jego konto. I tego właśnie się obawiamy, pełnej odpowiedzialności za własne i cudze występki. No to nie przepraszamy wcale.

Albo serwujemy przeprosiny na odczep się. Żeby już skończyć temat, a krótkie ‘przepraszam’ powinno załatwić wszystko i rozproszyć chmury. Nie przestaje drążyć? No to niech ma i niech się już zamknie. Problem też w tym, że nie idzie za tym żadna głębsza emocja. Nie ma skruchy, żalu, poczucia, że faktycznie się zawiniło i kogoś skrzywdziło. Wręcz przeciwnie, jest przekonanie, że racja po naszej stronie, ale szybka analiza zysków i strat daje wynik: przeprosić opłaca się bardziej. Zero refleksji, dlaczego w ogóle doszło do tej sytuacji i jak jej w przyszłości uniknąć.

Składam samokrytykę

Z drugiej strony, bardzo często bijemy się w piersi za dziesiątki rzeczy, w których w ogóle nie ma naszej winy. Robimy to bezwiednie, z automatu, z jakiegoś urojonego poczucia winy. Dosłownie przepraszamy, że żyjemy. Specjalistkami, znowu, są kobiety, które przepraszają za byle bzdurę, bo bez przerwy czują się winne. Przepraszają matki, że pięć minut swojego wolnego czasu poświęciły na wklepanie maseczki, a nie układanie klocków z dziećmi. Przepraszają żony, że zamiast zapiekanki pasterskiej zapodały proste fryty. Przepraszają pracowniczki, że składają zdanie odrębne do propozycji projektu miast przytaknąć we wszystkim kolegom po fachu. Można te powody do wstydliwego spuszczania oczu wymieniać i wymieniać. Mężczyźni są bardziej przekonani, że coś się im należy z urzędu, więc rzadziej przyznają się do błędu, ale i wśród nich są tacy, co dzień bez tuzina przeprosin uznają za stracony. To często osoby, które cierpią na syndrom ‘chcę żeby wszyscy mnie lubili’, wychowani do uległości i bycia miłym bez względu na okoliczności.

Takie przeprosiny zwykle idą w parze z usprawiedliwianiem się. Jeszcze nikt nic nie powiedział, ale my już tak asekuracyjnie, przepraszamy, że coś MOŻE być niedoskonałe. Mimo że druga strona wcale tak nie uważa, nie wyraziła jeszcze swojej opinii, nie skrzywiła nawet ust, ale my awansem uprzedzamy ewentualne niezadowolenie, żeby nie było, że jesteśmy pyszne i przemądrzałe. Nie, jesteśmy marnym puchem, więc na wszelki wypadek przypomnimy przed faktem, że sorry, ale nie wiem, czy zupa dobra, bo się spieszyłam, a na bazarku nie było ładnych pomidorów. A mój projekt, mam nadzieję, że spełnia założenia, przepraszam nie jestem pewna, ale spoko, poprawię gdyby coś.

Kobiety, niektórzy faceci zresztą też, przepraszają na zapas, bo czują, że tak należy. Bo trzeba myśleć o innych, nie robić im przykrości, nie zachowywać się agresywnie. I wszystko pięknie, jeśli mieści się do w granicach dobrego wychowania. Ale my przepraszamy i wtedy, gdy to wcale niepotrzebne. Bo chcemy o coś zapytać, bo potrzebujemy drobnej przysługi, bo mamy inne zdanie na temat globalnego ocieplenia i nie wiemy, o której odjeżdża autobus 503. Naruszamy czyjś błogostan, a tak nie wolno. Przepraszamy, gdy zwracamy komuś uwagę, choć to właśnie ta upominana osoba powinna przeprosić nas, bo za głośno puszcza muzykę albo źle zaparkowała samochód. Przepraszamy nawet za cechy swojego charakteru. Że chichoczemy, że mamy nerwowy tik odgarniania włosów z czoła, że pośpiewujemy sobie przy robieniu kawy, że wzruszamy się na reklamach, że nie lubimy brukselki, a to przecież może komuś śmiertelnie przeszkadzać. Nie rozróżniamy faktycznych naruszeń dobrego obyczaju od banalnych słabostek i ludzkich przywar, które nikomu krzywdy nie robią. Pokazują jedynie, że nie jesteśmy chodzącą perfekcyjnością, ale z jakiegoś powodu czujemy przymus, by za te niedoskonałości przeprosić.

Nie tak łatwo o ulgę

Nie lubimy przepraszać, bo chcąc nie chcąc odnosimy wrażenie, że to nas jakoś umniejsza. ‘Przepraszam’ jest w dużym stopniu zależne od pokory, a to cecha, z którą mnóstwo ludzi ma ogromny kłopot. Bo niby to cnota, ale nie do końca – dla wielu osób to wyłącznie oznaka słabości, dobra dla mięczaków, a nie prawdziwych zdobywców świata. I coś w tym może być, jak pokazały badania przeprowadzone przez australijskich naukowców z University of Queensland Business School – z owego doświadczenia wynikło, iż osoby, które przeprosiły swoje ofiary, wcale nie poczuły się z tego powodu lepiej, wzrosła za to samoocena i ogólne zadowolenie z siebie osób, które przeprosin odmówiły…

Ale można też mieć pełną świadomość swojego błędu i nie szukać żadnych wymówek, a jednak przepraszanie idzie jak po grudzie, bo ma się trudności z wyrażaniem uczuć w ogóle. ‘Przepraszam’ mówi się tak samo ciężko jak ‘kocham cię’ czy ‘zależy mi na tobie’. Jest strach, że po tym wyznaniu druga strona wcale nie uśmiechnie się na zgodę, tylko okaże swoją wyższość, zemści się, zacznie wytykać, robić wymówki. Słowem, nie potraktuje przeprosin jako zamknięcia tematu, lecz jako wstęp do nowej rozgrywki. Boimy się po prostu, że nie uzyskamy przebaczenia, o które przecież chodzi. Nasz pojednawczy gest zostanie odrzucony, a to podwójne upokorzenie. Czasami jest też lęk przed tym, co dalej. Przeprosiny i co teraz, wracamy do normy czy jakiś czyściec trzeba zaliczyć? Czy mam zaproponować pokutę? Zrewanżować się jakoś za sprawioną przykrość? I jak to zrobić, żeby znowu nie urazić? Doprawdy, rozbrajanie bomby wcale nie jest takie proste.

    14 komentarzy

  • Od lutego zastanawiam się, czy pewną osobę przeprosić. Dochodzę jednak do wniosku, że już wystarczająco się zawsze upokarzałam i odpuszczę. Z perspektywy czasu nie pamiętam, aby z tej osoby inicjatywy wychodziły spotkania. Czasami mnie korci coś wysłać, ale w końcu daje sobie spokój.

  • moim zdaniem, tutaj kłania się znajomość samego siebie i umiejętność przyznania się przed samym sobą, że po prostu się coś nabroiło. Nie mam problemu z przyznaniem się do błędu i lżej mi się z tym żyje, najgorzej kiedy bliscy nie rozumieją, że aby wybaczyć najpierw trzeba okazać skruchę i się postarać tak po ludzku, zwyczajnie 🙂

  • Czasem po prostu trzeba przełknąć piwsko, którego się nawarzyło i po prostu przeprosić. Nie mam z tym problemów, choć słowem „przepraszam” nie lubię szastać. Znam jednak osoby, którym za żadne skarby nie potrafi przejść ono przez gardło – myślę, że to kwestia niskiej samooceny i kompleksów.

  • Jeśli czuję się winna to przepraszam, umiem też przyznać się do błędu, choć wolę mieć rację. Ale też nie przesadzajmy, nikt nie wie wszystkiego, a pomyłki się zdarzają, no niestety dla naszego ego. Z drugiej strony nie oczekuję specjalnie przeprosiny nie zawsze coś zmienią, ale dobrze je usłyszeć, ze zwykłej przyzwoitości. ,,Przepraszam” rzucone na odczepnego nie uznaję. Dziękować też nie każdy potrafi, a to akurat słowo ma dla mnie największe znaczenie z tych trzech.

  • Rzeczywiście, temat wydaje się trudny, dla mnie wyznacznikiem, czy powinnam przeprosić, jest moje samopoczucie – czuję, że zrobiłam coś nie tak, nawet nieświadomie, przepraszam. Po tym czuję się lepiej.

  • Ludzie nie lubią przepraszać, bo to oznacza przyznanie się przed samym sobą do błędu.

  • Przeprosiny to faktycznie trudna sztuka. Ja nie wyniosłam jej z domu. Musiałam się jej nauczyć już w dorosłym życiu.

  • To jest niestety tak, że te ważne słowa ciężko przechodzą przez gardło. Myślę, że wielu z nas ma też problem ze zrozumieniem słowa przepraszam i tego, dlaczego powinniśmy go używać. To też wina trochę naszych rodziców (ale co ci mieli począć, kiedy sami byli wychowywani tak a nie inaczej) i tego w jaki sposób przekazują nam informacje. Świat idzie naprzód, zmieniają się modele wychowania (…) i temat, który został tu poruszony jest meeega obszerny. 🙂 ale napiszę jeszcze, że dawniej miałam problem z przepraszaniem, a teraz, kiedy po opadnięciu emocji dojdzie do mnie, że zawiniłam, potrafię przeprosić.

  • Przepraszanie jest trudne, bo wiąże się z przyznaniem do błędu, a tego chyba nikt nie lubi 🙂

  • Ja nie mam z tym problemu, ale niektórzy wiem,że mają i to duży. Nie wiem czemu.

  • Myślę też, że są ludzie, którzy wręcz… lubią przepraszać. I to niestety druga niedobra skrajność. Bo podobno „kto kocha, nie potrzebuje przepraszać”. Nie brałabym tego aż tak dosłownie, ale coś w tym jest. Przede wszystkim trzeba się starać dobrze innych traktować , a przeprosiny traktować jako ostateczność. Przeprosiny nie zawsze są w stanie wszystko naprawić i czasami może być to niestety za mało. Ale jasne, warto to umieć – bo czasem to jedno słowo bardzo wiele ratuje, pod warunkiem, że kryje się za nim prawdziwa intencja.

  • Ja traktuję tę sprawę prosto – jeśli zrobiłam błąd i wina leży po mojej stronie, to biorę to „na klatę” i przepraszam. Po co robić z tego problem?

  • nie jest tak łatwo przyznać do winy… niestety…pozdrawiam serdecznie!

  • Ludzi to można by podzielić na takie kategorie:
    1. Ci którzy mają z przepraszaniem starszny problem. Nie czują, że coś zrobili źle i nie mają zamiaru przyzanć się do winy. W końcu się wkurzasz i sam mówisz takiemu; „Przepraszam”, żeby mu uzmysłowić coś czego nie zrobił. Problem w tym, ze on sie jeszcze głupio zapyta: „Ale za co?”

    2. Drugi przypadek to Ci, którzy zamiast słowa na „k” używają „przepraszam” jako przecinka, kropki, myślnika, czy jako stylu życia. Po prostu za wszystko i za każdym razem przepraszają. Ktoś się na nich spojrzy, a oni już uważają, że zrobili coś złego i… „Przepraszam”.

    I najlepiej by było pisać jeszcze tych którzy wiedzą co zroibli źle, potrafią się przyznać do błędu, potrafią powiedzieć przepraszam, ale też delikatnie zwrócić uwagę komu trzeba i kiedy trzeba. Problem w tym, że nie wiem, czy tacy ludzie jeszcze istnieją.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>