Główne menu

Anhedonia – stan, w którym nic nie sprawia przyjemności

Życiowa niemoc, prędzej czy później, dopadnie każdego. Jednak czasami to coś zupełnie innego niż zwykłe „nie chce mi się”. Czasami to anhedonia – przeciwnik tyleż trudny, co niezrozumiany, bo sabotuje naszą codzienność w sposób szczególnie perfidny i łatwo go wziąć za focha, lenistwo, szukanie wymówek dla braku motywacji. Ale choć może tak wyglądać, to nie jest jeden z tych poranków, kiedy brakuje po prostu brakuje energii i nie ma się nastroju na spacer czy ulubiony serial.

Anhedonia to stan, w którym nie czuć nic, żadnej przyjemności. Jak gdyby emocje zostały definitywnie wyłączone. Rzeczy, które dawniej cieszyły, stają się obojętne. Nic nie wywołuje poruszenia, nie ma żadnych „pozytywnych wibracji”. Jest pustka, a standardowe metody na przełamanie impasu tym razem nie działają.

Anhedonia – stan, w którym nic nie sprawia przyjemności

Jakoś tak… nic nie ma sensu

U niektórych ludzi w pewnym momencie przestaje działać tzw. układ nagrody. Jest to struktura w mózgu, odpowiedzialna właśnie za odczuwanie przyjemności, motywację, naukę przez wzmocnienie pozytywnych bodźców.

Anhedonia, najprościej mówiąc, wyłącza ten system, czego skutkiem są nieprawidłowości w wydzielaniu dopaminy. Konsekwencje widać gołym okiem: nie cieszy ciasto upieczone przez mamę, prezent na urodziny, podwyżka w pracy, laurka od dziecka, piękna pogoda, kojąca zieleń w parku, zapach świeżych kwiatów.

A kiedy nie ma radości, człowiekowi nie chce się działać, bo po co? Przy anhedonii nie ma właśnie tego charakterystycznego napięcia w oczekiwaniu na nagrodę na wysiłek – nie ma dlatego, że mózg na tym konkretnym obszarze nie funkcjonuje tak, jak powinien. Anhedonia w swojej „czystej” wersji blokuje wyłącznie pozytywne odczucia, jednak w praktyce bardzo często przeplata się z dysocjacją, apatią, stępieniem emocjonalnym – choć może się zdarzyć, że „odcięcie” dotyczy jedynie radosnych momentów, a lęk, złość czy stres są jak najbardziej odczuwalne.

Czyli, na przykład: gdy chłopak daje kwiaty i się oświadcza, nie wzbudza to żadnej ekscytacji, ale gdy mówi „odchodzę”, tutaj już jest reakcja emocjonalna.

Biorąc pod uwagę, że mówimy o zaburzeniu mózgowego układu nagrody, nie należy traktować anhedonii jako spadku nastroju czy rozleniwienia – to nie jest stan, w którym wystarczy wziąć się w garść i przestać marudzić.

O anhedonii jako problemie medycznym pisał już w XIX wieku psycholog Théodule-Armand Ribot, a późniejsze badania potwierdziły, że u osób z tym zaburzeniem dochodzi do dysfunkcji w produkowaniu dopaminy, czyli neuroprzekaźnika układu nagrody, nazywanego potocznie „hormonem dobrego samopoczucia”.

Inaczej mówiąc, człowiek z anhedonią nie jest po prostu smutny, tylko jego biologiczny system motywacji utracił zasilanie – mówiąc obrazowo, nie ma tego włącznika z przekazem „zrób to, bo dzięki temu dostaniesz fajną nagrodę”. Dlatego nie ma znaczenia, czy taka osoba spotka się z przyjaciółmi, czy spędzi cały weekend samotnie, ponieważ w obu przypadkach emocje będą równie „szare”. Nic nie drgnie na hasło „idziemy na lody”. Oglądanie pięknych obrazów w galerii da ten sam efekt co patrzenie na gołą ścianę.

Bez dopaminy nie ma „chcenia”. Nie ma pędu do powtórki doświadczenia, ponieważ nie wywołało ono euforii, satysfakcji, poczucia spełnienia, błogości. I dotyka to niemal każdego aspektu życia: emocji, więzi społecznych, seksu, doznań zmysłowych, konsumpcji, motywacji zawodowej/naukowej. Nie ma wyczekiwania, że coś przyjemnego się wydarzy.

Nie ma wiary w to, że randka albo wizyta u babci będzie miła. Nie ma sensu zamawiać ulubioną pizzę, skoro smakuje ona tak samo jak wczorajsza kanapka. Kawa rano już nie budzi boskim aromatem, szczeniaczek sąsiadki nie rozczula swoją nieporadnością, a pierwsze takty Cwału Walkirii nie wywołują ciarek na plecach.

Czy nieodczuwanie przyjemności to choroba?

Czym więc to różni się od depresji? Brzmi bardzo podobnie, jednak współczesna medycyna rozróżnia te dwa pojęcia. Anhedonia to rzeczywiście bardzo częsty objaw depresji, ale nie jest konieczna do postawienia diagnozy – lekarz stwierdza epizod depresyjny, kiedy u pacjenta rozpoznano kilka różnych objawów, występujących ciągle przez okres co najmniej dwóch tygodni.

Sama anhedonia nie musi więc świadczyć o depresji, i nie jest samodzielną jednostką chorobową – jest za to istotnym kryterium diagnostycznym.

Może występować w schizofrenii, zaburzeniach afektywnych dwubiegunowych, chorobie Parkinsona, PTSD, autyzmie, przy zaburzeniach odżywiania. Dość często doświadczają jej również osoby zmagające się z chronicznym bólem, przewlekle zestresowane, wypalone zawodowo – organizm jest tak przeciążony, że w ramach „oszczędności energii” wyłącza odczuwanie przyjemności. Zdarza się również, że na anhedonię cierpią osoby po
zakończonym detoksie – odstawienie narkotyków, hazardu, alkoholu oznacza koniec z „dopaminowym hajem”, przez co niektórzy nie potrafią czerpać radości ze zwykłych rzeczy i muszą przyzwyczaić swój przebodźcowany wcześniej mózg do subtelniejszych impulsów.

I paradoksalnie, w niektórych przypadkach to właśnie skuteczne leczenie innych zaburzeń może nasilić anhedonię. Leki SSRI, podawane m.in. przy depresji, zaburzeniach lękowych, zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych, PTSD, podnoszą poziom serotoniny, co może skutkować wtórnym hamowaniem uwalniania dopaminy – czyli nie ma już lęku i smutku, ale zarazem nie ma też żadnej radości, pacjent niby jest stabilny, wpada jednak w stan „zombie”, co wymaga modyfikacji w sposobie leczenia.

Czy wystarczy pójść pobiegać?

W anhedonii, podobnie jak w depresji, nie działają tradycyjne porady typu „wyjdź w końcu z domu i dotknij trawy”. Anhedonia zazwyczaj nie wygląda jak ciężkie epizody depresyjne – osoba dotknięta tą przypadłością wstaje rano z łóżka, chodzi do pracy, sprząta, robi zakupy, szykuje dziecku obiad, rozmawia, może pójść na wesele znajomych, pograć w piłkę, spotkać się w pubie. Robi to jednak bardziej z obowiązku niż z wewnętrznej potrzeby, a jej „entuzjazm” jest wymuszony, dlatego otoczenie widzi ją jako leniwą, nudną, obojętną, zarozumiałą, wkurzającą, wycofaną.

Stosunkowo rzadko anhedonia traktowana jest poważnie, stąd typowe, bagatelizujące problem reakcje w rodzaju „idź pobiegaj”. Pretensje, że „oj wymyślasz, masz udane życie, na co ty w ogóle narzekasz”. Bez zrozumienia, że cały kłopot polega właśnie na braku nagrody za ruszenie czterech liter z kanapy – osoba z anhedonią nie poczuje się szczęśliwsza przez to, że wyszła i przebiegła park kilka razy, po prostu wróci do domu spocona i tyle, mózg nie da jej
nawet grama satysfakcji. Ani jednego sygnału, że „było warto”. Żadnego „zastrzyku endorfin”.

Dlatego mówienie o lenistwie jest tak niesprawiedliwe, bo choć to prawda, że wysiłek fizyczny faktycznie pomaga w leczeniu, to należy pamiętać o blokadzie w układzie nagrody – jeśli ktoś naprawdę jest tylko leniwy, i w końcu wstanie, pójdzie na siłownię, to na koniec, mimo zmęczenia i bólu, poczuje szczęście i dumę, ale przy anhedonii tego ostatniego punktu po prostu nie ma. Mózg widzi wyłącznie gigantyczny koszt energetyczny i zero benefitów.

Jak przerwać bolesną neutralność?

Anhedonia to brak paliwa do życia. Objaw, który wyjątkowo mocno degraduje jakość życia. Przyczynia się do zaniedbywania obowiązków zawodowych i domowych, bo nie ma powodu, żeby się wysilać. Nie ma sensu dbać o dietę, higienę, wygląd, rozwój osobisty. Relacje z bliskimi stają się chłodne, nie ma potrzeby utrzymania kontaktu, robienia czułych gestów, okazywania wdzięczności. Charakterystyczna dla anhedonii jest również utrata hobby, bo znika pasja, więc szydełkowanie, wspinaczka czy grzebanie w silniku stają się nudnym zajęciem, które zabiera czas nie wiadomo po co.

Dobra wiadomość jest jednak taka, że anhedonię można przezwyciężyć, choć raczej nie uda się tego dokonać domowymi metodami. Pierwszym krokiem jest zawsze diagnostyka – to, czy mamy do czynienia z anhedonią, czy ze zwykłym smutkiem, pomagają ustalić specjalne skale ocen SHAPS i DARS plus dodatkowe badania pomocnicze. Ważne jest również ustalenie, co wywołało anhedonię.

Jeśli anhedonia wynika z traumy, wypalenia bądź przewlekłego stresu, najczęściej wystarcza psychoterapia, ale gdy ma ona podłoże endogenne, prawdopodobnie konieczne będą leki.

Największym wyzwaniem jest leczenie anhedonii powiązanej z depresją, ponieważ klasyczne antydepresanty mogą nasilić „blokadę przyjemności” – nowoczesne terapie skupiają się na tym, by regulacja serotoniny nie odbywała się kosztem układu dopaminergicznego, tylko by leki pomagały również „zrestartować” zablokowany ośrodek nagrody. Ale niezależnie od stanu, środki farmakologiczne zawsze powinien dobrać lekarz, a gdy utrata radości z życia
utrzymuje się dłużej niż dwa tygodnie i zaczyna utrudniać codzienne funkcjonowanie, warto się zgłosić do specjalisty – anhedonia rzadko kiedy ustępuje samoistnie.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>