Co to znaczy być ze sobą na dobre i na złe?
Zakochani, jak to zakochani, zwykle bujają w obłokach. Upajają się swoim szczęściem i sądzą, że już zawsze tak będzie. A nie będzie, bo przez kilka dekad wspólnego życia po prostu musi w pewnym momencie tąpnąć. Coś musi zburzyć święty spokój, porządek, szczęśliwą passę. I właśnie wtedy następuje surowy test dla poważnego związku na całe życie, wszak żadna to sztuka być dla siebie miłym, gdy wszystko idzie jak z płatka.
To kryzys weryfikuje wcześniejsze obietnice z kategorii „nigdy cię nie zostawię”. Naprawdę nigdy? A co w przypadku ciężkiej choroby, bankructwa, problemów z prawem, nałogu, zdrady? „I że cię nie opuszczę aż do śmierci” to piękne słowa, ale brzmią trochę jak pułapka, gdyby traktować je bardzo dosłownie – bo co ma zrobić skrzywdzona osoba, która nie chce złamać przysięgi? A może w „na dobre i na złe” są jednak pewne wyjątki?

Co to znaczy być ze sobą na dobre i na złe?
Życie to nie bajka
Czy to formalnie, czy nieformalnie, wiążąc się w parę na całe życie, obiecujemy sobie, że związek przetrwa bez względu na okoliczności. Razem na dobre i na złe. Przysięgamy, ale czy wiemy, co za to przysięgą naprawdę się kryje? Z grubsza wiadomo – wspólny dom to zarówno radości, jak i smutki. I właśnie po to chcemy mieć partnera, by w trudnych chwilach nie mierzyć się z losem w pojedynkę, tylko mieć wsparcie. Z wiernym, oddanym towarzyszem u boku po prostu jest łatwiej niż kiedy możesz liczyć wyłącznie na siebie.
Dojrzałość oznacza, że masz odwagę stawić czoła trudnościom, i nie uciekasz od problemów partnera – pracujecie nad ich rozwiązaniem oboje. Tyle teoria, ponieważ w praktyce mnóstwo ludzi zapomina o złożonych wcześniej obietnicach, i kiedy pojawiają się jakiekolwiek trudności, znikają. Zawodzą. Nie czują, że ich to tak samo dotyczy. Dlaczego? Wiadomo, ludzie są różni, często jednak stoi za tym po prostu nieświadomość – mówiąc „na dobre i na złe” zwykle nie precyzujemy sobie w głowie tych złych rzeczy. A nawet jeśli, to wciąż pozostają one abstrakcyjnymi pojęciami, przez co kompletnie nie mamy pojęcia, jak się zachowamy, gdy przyjdzie moment weryfikacji.
I nie jest to wcale jakaś nowa przypadłość. Ludziom dawniej również zdarzało się głupieć w obliczu tragedii – różnica taka, że kiedyś ogólnie było dużo ciężej, dlatego człowiek nie miał większego wyboru i musiał się dostosować. Dziś może odejść, rozwieść się, bezradnie rozłożyć ręce i zrzucić ciężar na innych. Więc chociaż wiemy, że może być źle, to niespecjalnie lubimy o tym myśleć. Zwłaszcza na początku jest więcej optymizmu, że nas to nie dotknie, ponieważ doświadczamy głównie przyjemności. Dla młodych i zakochanych choroba, śmierć, cierpienie to często sprawy odległe, którymi nie co sobie głowy zawracać. Jeszcze przyjdzie na to czas.
Dlatego gdy ów czas nadchodzi, na ogół bardzo niespodziewanie, wspólne plany mogą posypać się niczym domek z kart. Oczywiście, nic w tym dziwnego, że nie każdy umie od razu wziąć się w garść i przeżywa załamanie, no bo jak się przygotować na przykład na poronienie, wypadek skutkujący trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, oszustwo finansowe, spalenie mieszkania? Problemem jest raczej to, co potem – że nie ma „trudno, stało się, ale razem to pokonamy”.
Granica poświęcenia
Wielu parom, na szczęście, się udaje, a doświadczony kryzys wręcz wzmacnia miłość, bo doświadczamy osobiście, jak wielkie wsparcie mamy w partnerze, jak bardzo stanął on na wysokości zadania. Jest jednak i druga strona medalu – udzielane drugiej połówce wsparcie może czasami kosztować zbyt wiele. I tak po prawdzie, zamiast o wsparciu należałoby mówić o zwykłym wyzysku.
Bo owszem, głupio zostawić męża jedynie dlatego, że stracił z dnia na dzień pracę i nie zabierze na obiecane wakacje do Australii. Ale co kiedy mąż zdradził, potajemnie wyjął wszystkie oszczędności i przepuścił w kasynie, uderzył, na każdej imprezie towarzyskiej publicznie poniża i wyśmiewa? Ile wypada znieść w myśl zasady „na dobre i na złe”? Czy o odejściu w podobnej sytuacji można mówić jak o złamaniu przysięgi, słabości, nieszczerej miłości? Tu właśnie bardzo dużo osób stawia jasną granicę.
Mówiąc o wsparciu, mają na myśli głównie sytuacje losowe, na które albo nie miało się żadnego wpływu, jak powódź i zalanie domu, albo po prostu coś nie wyszło, mimo starań. Nie ma natomiast zgody na przemoc i toksyczne zachowania, w wyniku których cierpi niewinna osoba – kiedy partner jest sprawcą, a wiszące nad związkiem czarne chmury są efektem jego podłości, a w najlepszym razie lekkomyślności wymieszanej z głupotą.
Ująć to można jeszcze inaczej – będę przy tobie bez względu na to, jakie kłody los nam rzuci pod nogi, ale to nie oznacza, że pozostanę bez względu na to, co ty zrobisz mnie. Zniesiemy wspólnie chorobę, gorsze okresy, kłopoty finansowe, ale gdy jedno będzie chciało zranić drugie, deklarowane przed laty „na zawsze” stanie pod znakiem zapytania. Nie ma bowiem powodu by dotrzymywać słowa, gdy partner narusza przysięgę swoimi występkami – to on łamie umowę, a wtedy druga strona nie musi już czuć się w obowiązku by walczyć o wspólne dobro.
Bo czym innym są przejściowe trudności, a czym innym niszczenie partnera. Ale tutaj pojawia się kolejna wątpliwość – czy jedna kłótnia i parę mocnych słów, jedno niedotrzymane słowo wystarczą do przekreślenia wszystkiego? A co jeśli są to drobnostki, tyle że powtarzane raz za razem, mimo licznych napomnień i próśb? Sprawa wydaje się jasna przy grzechach ciężkiego kalibru, jednak nie w każdym związku dochodzi do najgorszego – często psuje się od pierdółek, które nałożone na siebie w końcu wywołują lawinę niemożliwą do zatrzymania.
Komu się chce naprawiać
Kluczowa dla związku jest wzajemność. Nie musi być po aptekarsku – po prostu obie strony powinny czuć, że dostają równie wiele, co dają. I że o dobro związku nie trzeba walczyć za wszelką cenę, bo za tym najczęściej kryją się zwykłe patologie. Od partnera można oczekiwać lojalności, zaangażowania, poświęcenia, wyrozumiałości, ale w rozsądnych granicach, i przede wszystkim te granice muszą być szanowane.
Z tym zaś mnóstwo par ma problem. Z jednej strony wiele osób przesadnie dba o własny komfort – nie godzą się na absolutnie żadną niedogodność, na jakiekolwiek ustępstwo, ma być idealnie albo związek nie ma sensu. Lecz z drugiej, niektórzy dla miłości są gotowi wytrzymać najstraszniejsze tortury, choćby to zagrażało dosłownie ich zdrowiu i życiu. I chociaż ciężko jest trafnie ocenić cudzy związek, bo nie widzimy, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, tak można jednak z dużą dozą pewności powiedzieć, że zarówno całkowity brak wysiłku, jak i poświęcenie ponad miarę, to fatalne prognostyki dla miłości.
Jak zatem oceniać wysokie statystyki rozwodów? Czy to efekt lepszego dbania o własne dobro, czy może jednak niechęć do współpracy, gdy robi się nieciekawie? Jest sporo prawdy w narzekaniach, jak to ludziom dzisiaj nie chce się niczego naprawiać, bo tak, mamy prawo do szczęścia, ale miewamy też zbyt wygórowane, niesprawiedliwe oczekiwania – partner ma sprawić, żeby było „na dobre”, a kiedy nadejdzie „na złe”, to jego wina, nie dowiózł, i szkoda czasu na sklejanie rozbitego wazonu, jeśli w sklepach tyle nowych, całych i jeszcze ładniejszych.
Konsekwencją takiego podejścia są nadprogramowe rozstania par, które miały naprawdę niezłe rokowania, gdyby tylko zechciało się im troszkę wysilić. Tymczasem one nawet nie próbują na serio porozmawiać – tak się zafiksowały na punkcie osobistego szczęścia i unikania traum, że również te zwykłe, codzienne wyzwania uznają za coś, co nadmiernie narusza ich przestrzeń, niezależność, prawo do wolności. Słowem, w niektórych przypadkach podejście do własnego komfortu psychicznego poszło ciut za daleko – jak ktoś nie spełnia oczekiwań na 100 procent, nie warto dawać mu szansy.
Nie ma więc co za szybko odpuszczać, dobrze jednak stanąć do boju we dwójkę, a nie jako samotny wojownik. To często znacznie ważniejsze niż skala podjętego wysiłku – wiele par jest w stanie podjąć heroiczną walkę, bo trzymają się razem. Dzięki temu potrafią też przezwyciężyć to, co dla innych byłoby nie do przejścia – często właśnie dlatego, że brakuje im nie nadludzkiej siły, co chęci do współdziałania. Nie są drużyną, nie grają w jednym zespole. Widzą jedynie własne poświęcenie zamiast inwestycji we wspólne dobro. Nic dziwnego, że „na dobre i na złe” wydaje się im głupią mrzonką.


Randki po 30: dlaczego przyciągamy ludzi, którzy nie chcą się angażować?
Dlaczego wiążemy się z ludźmi, którzy wcale nie chcą stałego związku?
Randki po 30 mogą Cię zaskoczyć. Wyglądają inaczej niż wcześniej
Skąd bierze się popularność swatek?
Czy warto starać się o osobę, która jest już w związku?
Czy po ślubie naprawdę zawsze zmienia się na gorzej?
Czy brak urody przeszkadza w znalezieniu miłości?
Czy współczesne związki nie dają już mężczyznom żadnych korzyści?
Czy kobiety nie lubią, jak się im mówi przykrą prawdę?
Czy wspólny urlop to próba dla związku?
Czy naszyjnik z diamentem pasuje do każdego typu kolorystycznego?
Jak istotne dla związku jest robienie wspólnych planów?
Czy współczesne randkowanie wygląda inaczej niż kiedyś?
Czy mężczyźni naprawdę wolą głupsze kobiety?
Dlaczego niektórzy podrywają zajęte osoby?
Zostaw komentarz