Główne menu

Czy jest sens walczyć o kogoś, kto chce odejść?

Ze współczesnymi związkami jest często ten problem, że ludzie nawet nie próbują naprawić swoich błędów. Po prostu stwierdzają „to koniec”. I koniec. Przestają dzwonić, pakują walizki, wnoszą o rozwód, znikają. Jak gdyby żadnego innego wyjścia, poza rozstaniem, nie było. Czasem faktycznie nie ma, lecz chyba każdy się zgodzi, że wiele par prawdopodobnie pozostałoby razem, gdyby tylko troszeczkę bardziej się postarali.

Bo kryzysy są nieuniknione, również w tych najlepszych, najbardziej zgranych związkach. I na tym polega dojrzałość – na umiejętnym rozwiązywaniu problemów. Pytanie tylko, czy obu stronom równie mocno zależy na pokonaniu przeszkód w drodze do wspólnego szczęścia, bo z tym akurat różnie bywa. Co zatem robić, gdy partner raczej nie jest zainteresowany procesem naprawczym? Warto o niego zawalczyć? A może już nie ma o co?

Czy jest sens walczyć o kogoś, kto chce odejść?

Czy jest sens walczyć o kogoś, kto chce odejść?

Nie wiem, trochę się zastanawiam

Ile związków, tyle powodów do rozstań. Jedne są błahe, inne wprost przeciwnie, ale w jednym i w drugim przypadku pojawiają się wątpliwości co wspólnej przyszłości, czy ma ona jeszcze w ogóle sens. I stosunkowo rzadko jest to naprawdę wspólna decyzja, kiedy obie strony siadają i na spokojnie, w tym samym czasie, dochodzą do identycznego wniosku, że nie ma już czego zbierać. Zwykle to inicjatywa jednej osoby. Druga może coś przeczuwać, też mieć swoje zastrzeżenia, ale usłyszane „odchodzę” są mimo wszystko szokiem. Słowami, na które mimo wszystko nie ma zgody.

Co wtedy? No to się nieczęsto zdarza, by wieść o zerwaniu porzucany partner przyjmował na luzie, bez żadnego sprzeciwu, żadnej złości i rozczarowania. Nawet jeśli wzrusza ramionami i odpowiada „ok, skoro tak chcesz”, to zazwyczaj wewnętrznie wcale się na to nie zgadza, tylko zaczyna kombinować, jak odwrócić ten niekorzystny dla siebie bieg wydarzeń. Bo generalnie ludziom jest trudno pogodzić się z utratą kogoś bliskiego, czasem jeszcze dochodzi urażona duma albo zwykły strach przed nagłą samotnością.

Dlatego wiele osób podejmuje walkę o to, by partner został. Zwłaszcza gdy widzą wahanie, rozterki, brak stanowczości – niby chcą odejść, ale jakoś tak mało przekonująco. Jest więc pokusa, żeby pokazać, gdzie niezdecydowany partner znajdzie najsłodszy miodzik, przypomnieć mu piękne chwile, pokusić, bo co to za miłość, kiedy tak łatwo odpuszczasz? Ale do kiedy to jeszcze walka, a kiedy już desperacja?

Bo miłość musi być trudna

Utarło się, że miłość – jako rzecz cenna i rzadka – musi mieć swoją cenę. Co jest prawdą, ale raczej w tym sensie, że nad swoim związkiem trzeba stale pracować i nie można brać kogoś za pewnik. Więc jasne, poddanie się po pierwszej kłótni to mało rozsądne podejście, czy jednak walka musi być do upadłego? Chyba nie bardzo, jeśli prawie cały wysiłek ponosi tylko jedna strona.

Wiele osób ma wryte w głowę, że jak związek wygasa, to zapewne dlatego, ze za mało się postarali. I teraz muszą docisnąć, wspiąć się na wyżyny kreatywności, nie odpuszczać, za żadną cenę. Tak żeby na koniec powiedzieć sobie z czystym sumieniem, jak to zrobiło się wszystko, co było w naszej mocy. W dodatku często się to postrzega jako coś szalenie romantycznego, wręcz oczekiwanego, chyba że w jakimś momencie zostanie przekroczona cienka granica dobrego smaku – bo sam brak zainteresowania pojednaniem przeszkodą nie jest, tylko napędza kolejne starania.

Czy wiesz o co w ogóle walczysz?

Walczysz o miłość, to oczywiste. Ale czy to na pewno jest miłość? Można zrozumieć, gdy ktoś się stara uratować związek wcześniej naprawdę udany, po prostu życie przygasiło ten ogień. I kto wie, czy za niechęcią do kontynuacji nie stoi po prostu zmęczenie, przytłoczenie obowiązkami, złość na partnera, że przestał się starać – warto spróbować nim drzwi się już nieodwołalnie zatrzasną. Gorzej, gdy ktoś pragnie ratować związek zwyczajnie zły, pełen przemocy i niedobrych uczuć, w którym nie ma wzajemnego szacunku, jest za to ciągłe naruszanie granic.

Rzecz w tym, że brak toksyczności to trochę za mało do pełnego sukcesu. Niedogadanie to na pierwszy rzut oka rzeczywiście dosyć śmieszny pretekst do rozstania, szczególnie w związkach długich, z dziećmi, z wyjątkową historią. Tyle że do dogadania zawsze są potrzebne dwie osoby, więc gdy u partnera woli ku temu żadnej, to i najusilniejsze starania pewnie na nic się zdadzą. Kiedy ciągle rozbija się o te same sprawy, których przez lata nie udało się rozwiązać, szanse są nikłe, że komuś nagle się w tej kwestii odwidzi. I owszem, można zatrzymać partnera emocjonalnym szantażem, podstępem, seksem, pieniędzmi – czymkolwiek. Pytanie tylko, na jak długo tej waluty wystarczy. I co właściwie dostało się w zamian.

Nierzadko bowiem szaleńcza walka jest nie tyle o miłość, co jej wyobrażenie. Albo o to, żeby nie zostać samym, bo nawet nie chodzi o tę konkretną osobę, co o sam związek – że ma się kogoś. Dlatego można przymknąć oko na przeróżne wady partnera czy wręcz występki w rodzaju zdrady. Co z tego, że nie ma chemii? Co z tego, że to nie TO? Lepsza wróbel w garści… I niech sobie inni mówią, że to jak reanimowanie trupa.

Wystarczy się uprzeć

Arsenał broni do walki o ukochaną osobę jest wyjątkowo szeroki, łącznie z chwytami poniżej pasa, wszak wiadomo, w miłości, jak i na wojnie, wszystkie chwyty są dozwolone. Nie każdy jest aż tak zdeterminowany i widząc opór w końcu daje spokój. Godzi się z odejściem, a przynajmniej próbuje. Ale niektórzy nie ustają w wysiłkach i sięgają po coraz to bardziej wyrafinowane metody. Choć może to nie tyle wyrafinowanie, co desperacja, a wtedy bardzo łatwo posunąć się za daleko.

Przede wszystkim dość trudno jest tak na chłodno ocenić realne szanse w swoim przedsięwzięciu mającym na celu odzyskanie partnera – a to kluczowe. Po drugie, samym uporem to się raczej nie zdobywa czyjegoś serca. Mimo to część porzuconych osób podejmuje dziesiątki kolejnych prób, naiwnie licząc, że za 50-tym razem nareszcie się uda, po prostu musi. Nie przyjmują do wiadomości, że ta druga osoba już ich nie chce, może nawet z kimś innym zaczyna układać sobie życie.

Tak właśnie walka, rozpoczęta w dobrych zamiarach, przeradza się w ciąg upokorzeń. Każdy następny uczynek jest błaganiem dawnego partnera „tylko mnie kochaj, ja zrobię dla ciebie wszystko”. Cóż, to się może czasami udać, ale z tą przykrą świadomością, że odzyskana „miłość” jest z łaski, najpewniej dla własnej wygody i z wyrachowania – nie ma tu szczerego uczucia, bo skąd? Ciężko po prostu szanować człowieka zdolnego do tak desperackich czynów – fajnie, gdy ktoś o ciebie zabiega, ale sam też powinien być lekko nieuchwytny, mający swoją cenę.

Miłość na siłę

To jak najbardziej możliwe, żeby odzyskać kogoś już po rozstaniu. I to, jak wyglądała owa walka, ma spory wpływ na dalsze losy sklejonej na nowo pary. Istotne są również intencje – trochę inaczej odbiera się starania w wydaniu osoby, która jakoś zawiodła i próbowała naprawić dawne błędy, a inaczej, kiedy za walką stoi głównie wspomniana desperacja, ponieważ ten lęk da się bezwzględnie wykorzystać.

Powroty mogą być bowiem obarczone ciągłą koniecznością udowadniania, że było po co – musisz na każdym kroku pokazywać, jak bardzo ci zależy, starać się coraz bardziej i oczywiście nie chcieć niczego dla siebie. Słowem, ciągle się poniżać w imię miłości, i nigdy nie mieć pewności że to wystarczy, ponieważ każdego dnia pojawiają się nowe żądania. Są zresztą tacy, którzy właśnie dlatego ogłaszają rozstanie – liczą w duchu, że to skutecznie zachęci do rozpaczliwych kroków i przełamania się w rzeczach, które wcześniej wydawały się być granicą. Nic dziwnego, że pojawia się wtedy strach, a o rozsądek jest trudno, ale warto zadać sobie pytanie – czy to będzie udany związek, jeśli tylko jedna osoba ma walczyć?

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>