Czy naprawdę warto wychodzić ze swojej „strefy komfortu”?
Swego czasu bardzo popularne stało się hasło o wychodzeniu ze strefy komfortu. Wychodzeniu z miejsca, które jest przytulne i bezpieczne, ale nie pozwala w pełni wykorzystać drzemiącego w nas potencjału. Bo komfort to przeciwieństwo ryzyka, a bez ryzyka nie ma sukcesu.
Kisisz się ciągle w tym samym sosie, żyjesz w stagnacji, zżera cię rutyna – bardzo łatwo w takich warunkach odpuścić sobie, przełożyć na jutro, bo przecież „i tak jest dobrze”. Nawet gdy dobrze nie jest.
Ale co tak naprawdę daje wyjście z miejsca może i mało rozwojowego, ale pewnego, oswojonego? To dość zabawne, jak nasi przodkowie walczyli o właśnie o taki komfort, poczucie bezpieczeństwa, stabilizację, podczas gdy my dzisiaj uważamy je za przekleństwo podcinające skrzydła. Bo czy faktycznie podcina? A może chodzi wyłącznie o to, by wyjść i się zaprezentować jako człowiek, który jest wiecznie w biegu – bo to akurat jest dzisiaj modne?

Po co wychodzić z ciepłego łóżeczka?
Czemu mają służyć zachęty o porzuceniu strefy komfortu? Intencje są słuszne, nawet jeśli śmieszy nas coachingowy ton owej porady.
Podjęcie ryzyka zwiększa szanse na sukces – czy to w pracy, czy to w miłości, finansach, nabywaniu nowych umiejętności, można dzięki temu więcej przeżyć, więcej poczuć, posmakować świata. Tak żeby skończyć wreszcie z tymi
smętnymi bilansami, jak to nic w życiu nie osiągnęłam i tyle czasu zmarnowałam na tchórzliwe chowanie się pod kołdrą.
Tak górnolotnie mówiąc, wyjście ze strefy komfortu poszerza nasze horyzonty i buduje wartościowe CV. Można się o sobie dowiedzieć bardzo ciekawych rzeczy, podkręcić pewność siebie, zwiększyć produktywność, rozwinąć oryginalne pasje, zyskać bliskie osoby. Oraz odzyskać kontrolę nad własnym życiem, bo już nie jest tak, że rzeczy się po prostu dzieją, bez naszego udziału – dalej są przeszkody, ale teraz to my podejmujemy decyzje. I co by nie mówić, twarde zderzenia z rzeczywistością, których na pewno się po wyjściu ze strefy komfortu pojawią, zahartują na przyszłość, bo przecież nieprzyjemnych wydarzeń nie da się całkowicie uniknąć.
Wszystko pięknie, tylko opuszczenie bezpiecznej przystani bywa naprawdę trudne, co wiele osób powstrzymuje przed zrobieniem tego kroku. No ale gdyby to trudne nie było, nikt by o tej konieczności nie mówił – motywacyjny slogan powstał właśnie dlatego, że ludzie często boją się wyzwań, boją się opuścić wygodną bańkę. Nie znoszą być pasywni, ale nierzadko jeszcze bardziej ich przeraża wizja wypłynięcia na nieznane wody. Więc ostatecznie, choć obecna sytuacja mierzi, to przynajmniej wiadomo, z czym mamy do czynienia.
Sztuka dla sztuki
Rozwój brzmi pięknie, zachęcająco, jest obietnicą nagrody. Ale propaganda sukcesu zaszła już tak daleko, że w zasadzie ze ścieżki rozwoju nie wolno zejść choćby na chwilę. Ciągle słyszymy, że nic się nam nie należy, że nic nie ma za darmo, że nieustannie musimy przekraczać kolejne granice. Ma być więcej, mocniej, bez chwili wytchnienia – wypoczynek
stał się tożsamy z lenistwem.
Efekt? Osiągamy dużo i często żyjemy w warunkach nieosiągalnych dla poprzednich pokoleń, ale jednocześnie jesteśmy strasznie zestresowani. Nie umiemy się cieszyć życiem, korzystać z niego w pełni, i gdzieś zawsze z tyłu głowy tli się ten dziwny niepokój – że coś trzeba zrobić, nie można osiadać na laurach. I przeważnie ma to związek właśnie z przekonaniem, że nadmiar komfortu ludzi rozleniwia, psuje, odbiera sprawczość, zabija kreatywność.
Problem w tym, że wiele osób już nie tyle wychodzi ze swojej strefy bezpieczeństwa, co niemal stale przebywa na „terytorium wroga”. Bo trzeba cisnąć – komfortowo urządzona przestrzeń jest dla mięczaków, którzy zamiast sięgać po najsłodsze owoce, kryją się za spódnicą mamy. Utarło się po prostu w pewnych kręgach, że prawdziwy wojownik jest ciągle na polowaniu, nie odpuszcza, mierzy się z sobą i otoczeniem. Dlatego, że za bardzo uwierzył
w zalecenia pt. lęk jest najpotężniejszym motywatorem do działania.
A uwierzyć w to łatwo, bo to częściowo prawda: pewien poziom stresu i strachu daje kopa, mobilizuje, staje się siłą napędową sukcesu. Jest jednak mały haczyk – to musi być odpowiednia dawka lęku, bo jak się przesadzi, lęk zadziała destrukcyjnie, sparaliżuje, a nawet wywoła traumę. Stąd wniosek, że wyjście z bezpiecznej przestrzeni nie powinno być celem samym w sobie. To ma czemuś służyć, i należy pamiętać, że czym innym jest zdrowy doping, a czym innym śrubowanie norm ponad miarę.
Miało być tak pięknie
Dla masy ludzi wychodzenie ze strefy komfortu stało się po prostu zabójcze. Chociaż poczucie frustracji narastało, nikt za bardzo nie chciał kwestionować słuszności przekazu, żeby nie wyjść na cieniasa, który pragnie sukcesu, ale nie zamierza się przy tym męczyć. Nikt nie chciał być tym, który podważy dogmat o wynikach możliwych jedynie dzięki katorżniczej
pracy. Więc dalej pompował wydajność.
Czemu bardzo sprzyja „kultura zap***dolu”, nakazująca harować od świtu do nocy, do zajechania, bo tylko tak uda się do czegoś dojść. Odpoczywać będziemy po śmierci. Co owszem, czasem faktycznie daje spektakularne efekty, lecz nic za darmo – odbywa się to kosztem zdrowia, psychiki, relacji.
Ludzie pytani, co im dało ryzyko w imię rozwoju osobistego, często odpowiadają, że są przygnębieni, zmęczeni, wypaleni, wiecznie poddenerwowani, i nawet nie potrafią odpocząć, bo ich zaraz zżerają wyrzuty sumienia o bezczynność. A to dziwne, no bo sukces dać powinien przecież radość z życia, tymczasem czuć tylko coraz więcej goryczy.
Może więc lepiej nigdzie się nie ruszać? Strefa komfortu nas chroni, zapewnia spokój, pozwala wygodnie poruszać się po dobrze rozpoznanych schematach i unikać zbędnego ryzyka. Zero większych kłopotów – no czyż nie o to chodzi? Chrzanić rozwój, wyniki, kolejne szczebelki, skoro od nich jedynie przybywa siwych włosów.
Oczywiście to lekka przesada, bo żeby owym komfortem w ogóle móc się nacieszyć, trzeba najpierw coś wymyślić, a potem zrealizować. Rzecz w tym, że komfort nie jest – wbrew niektórym teoriom – równoznaczny ze stagnacją.
Przebywanie w swojej wygodnej banieczce to nie kapitulacja przed życiem. Wręcz przeciwnie, może to być znacznie skuteczniejszym motywatorem od niekończącego się stresu, bo fajnie poczuć dreszcz emocji, fajnie się sprawdzić, skusić los, porwać się na śmiały czyn, ale w nadmiarze to i woda źródlana zaszkodzi.
Kiedy warto ryzykować?
Pułapką najczęściej jest myślenie, że strefa komfortu to gnuśna wegetacja, brak polotu, brak ambicji, odbębnianie ośmiu godzin przy taśmie i cześć, reszta dnia przed telewizorem. Czyli życie bez życia. A to nieprawda.
Strefa komfortu jest dobra, ponieważ ludzie dążą do stabilizacji, potrzebują poczuć się bezpiecznie, muszą mieć czas na regenerację, nie mogą być ciągle w stresie. Kłopoty zaczynają się dopiero wtedy, kiedy się tej strefy już w ogóle nie
opuszcza.
Nie jest też prawdą, że marzenie da się spełnić tylko doświadczając dyskomfortu, bo nieustające poczucie zagrożenia to akurat wysysa z sił zamiast mobilizować, i wyłącznie nieliczni potrafią z tego czerpać życiodajne paliwo. Więc czemu wierzymy, że komfort i bezpieczeństwo hamują, są dla słabych? W rzeczywistości na sukces składa się zarówno napięcie, jak i miejsce, w którym można lizać rany.
Żyjąc wyłącznie w trybie przetrwania można co prawda osiągnąć zadowolenie, lecz będzie ono krótkotrwałe, zaś mając balans między oazą spokoju a polem bitwy da się zajść znacznie dalej – to wcale nie tak, że największe sukcesy osiągają osoby rzucane każdego dnia na nieznane, głębokie wody.
Bo owszem, da się operować na wrogim terenie kolejny rok z rzędu, bez przerwy, ale wymaga to olbrzymich pokładów energii, samozaparcia, odwagi, dyscypliny. I nie mając bezpiecznego zaplecza szybko się można wyprztykać z posiadanych zasobów. Przeszkodą nie jest bowiem komfort – jest nim brak miejsca na słabość. Dlatego najlepiej ze strefy komfortu wychodzi się tym, którzy mają do czego wrócić.


Dlaczego z wiekiem coraz trudniej nawiązywać przyjaźnie?
Social aging: dlaczego kobiety po 30 czują, że świat traktuje je jak starsze, niż są?
Czym jest praca emocjonalna?
Dlaczego kobieca rywalizacja jest tak źle postrzegana?
Czy kobiety są zmęczone byciem „silne”? O niewidzialnym ciężarze, który nosimy codziennie
Dlaczego jesteśmy rozczarowane własnym życiem?
Dlaczego kobiety boją się być asertywne?
10 rzeczy, które kobiety rozumieją dopiero po skończeniu 30 lat
Dlaczego kobiety tyle mówią?
Dlaczego chłód emocjonalny wydaje się tak atrakcyjny?
Dlaczego ludzie bardziej skupiają się na swoich wadach?
Czy można być „za dobrym” rodzicem?
Rozczarowanie po 30. To nie tak miało wyglądać
Dlaczego ludzie tak często udzielają nieproszonych rad?
Dlaczego kobietom tak często zarzuca się bycie przewrażliwioną?
Zostaw komentarz