Czy przed ślubem trzeba się wyszaleć?
Znaleźć kogoś bliskiego na całe życie to wciąż jest marzenie bardzo wielu osób. Zakochać się szczęśliwie z wzajemnością, razem zbudować dom, mieć dzieci, zestarzeć się wspólnie, być na dobre i na złe. Ale też nie ma się co oszukiwać – rodzina to nie tylko radość, to również obowiązki. Po ślubie do związku zwykle wkrada się rutyna, zmęczenie, stres, i czasem ma się tego po prostu serdecznie dosyć.
I wtedy w głowie może pojawić się nieprzyjemna myśl, że chyba z tym ślubem to była trochę pomyłka. Że za wcześnie się weszło w tryby szarej rzeczywistości, i tyle mnie ominęło, i co gorsza, to już nigdy nie wróci – straconego czasu w młodości nie da się nadrobić. Młodzi często zresztą czują podobnie, widząc i słysząc zewsząd, jak to ślub nakłada kajdany. Więc może nie ma się do czego spieszyć? Może lepiej przed złożeniem przysięgi hulać tak, że nudna rutyna wyda się wybawieniem?

Ulżyj sobie
Małżeństwo to nie zabawa w dom. To realne wyzwania – życie rodzinne potrafi tak przytłoczyć, że naprawdę odechciewa się wszystkiego. Są konflikty, ciche dni, problemy finansowe, problemy z dzieckiem, zdrady, toksyczne zagrywki… I frustracja, że życie przeciekło między palcami i już nic dobrego nie czeka. A nawet, że zmarnowało się życie, bo rodzina rodziną, ale… No czegoś po prostu brakuje.
Dlatego stara ludowa prawda mówiła: niech się chłop przed ożenkiem wyszumi. Co prawda kobietom „szumienie” raczej stanowczo odradzano, ale obecnie również dziewczynom mamy i babcie często mówią: nie śpiesz się, zasmakuj życia, zabaw się, bo potem nie będzie jak. To ma trochę posłużyć jak wentyl bezpieczeństwa, pomóc przetrwać te gorsze momenty – teraz nie idzie, ale można wrócić do tych fajnych wspomnień. I przede wszystkim nie mieć poczucia, że w ogóle się nie skorzystało z życia, bo to może podsuwać niebezpieczne pokusy.
A jak człowiek się wyszaleje przed ślubem, to po zaobrączkowaniu mniej go nosi. Będzie dobrym mężem, będzie dobrą żoną. Doceni ciepło domowego ogniska. I nawet jak się trafią różnego rodzaju okazje, to się powstrzyma i nie skorzysta – bo wie już, jak to smakuje, i że wcale nie warto ryzykować. Bo w domu najlepiej.
Żal za nieznanym
Posmakowanie życia przed ślubem ma swoje zalety, bo biorąc ślub masz już pewne doświadczenie, co pomaga w budowaniu wspólnej przyszłości. Doświadczenia nabieramy przecież w kontaktach z innymi ludźmi, więc ci byli partnerzy, nawet przelotni, zawsze czegoś tam nauczyli, pokazali pewną perspektywę, pomogli odkryć nasze osobiste potrzeby.
No i często się po prostu wydaje, że jak masz narobić głupot, to lepiej przed próbą generalną. Mając na koncie przeróżne przygody łatwiej nauczyć się życia w związku, komunikacji z drugą osobą, chodzenia na kompromisy. Łatwiej też rozpoznać prawdziwego siebie, co w kontekście głębokich więzi ma kluczowe znaczenie. Oczywiście, trzeba jeszcze umieć wyciągać z przeszłości wnioski, jednak zakładając, że nie tylko kolekcjonujemy wrażenia, ale też się dzięki nim naprawdę rozwijamy, możemy wnieść do małżeństwa sporo dobrego.
Doświadczenia wielu osób zdają się to potwierdzać, bo siedząc w dołku, nie mają aż takiego poczucia przegranej – kiedy obserwują ludzi, którzy się beztrosko bawią, to trochę zazdroszczą, ale też wiedzą jak to jest, dostrzegają i te negatywne strony. Za to ci, którzy za szybko weszli w życie rodzinne, nie zawsze czują, że to był najlepszy krok, bo spotykają osoby równie zmęczone codziennością, ale przynajmniej ze wspomnieniami młodzieńczych baletów. A tutaj pustka i teraz, i wtedy – nie dość, że każdy dzień wypełnia nuda i żmudna praca, to jeszcze nic nie użyłam młodości.
Szaleństwa i SZALEŃSTWA
Tylko co w sumie ludzie mają na myśli mówiąc o wyszumieniu się przed ślubem? Bo rzeczywiście, można ciutkę żałować, że nie było się na żadnej wariackiej wycieczce z paczką znajomych, że nie taplało się jak świnka w błocie podczas festiwalu, że nie flirtowało się z kimś nieznajomym do białego rana, że nie poszło się wtedy na tą imprezę do klubu, którą
wszyscy znajomi wspominają do dzisiaj z rozrzewnieniem. Jeśli nie ma się na koncie prawie żadnych młodzieńczych głupstw, to często rodzi się frustracja, jak to inni mieli swoją fazę buntu i niepoważnych zachowań, a mnie została wyłącznie „ułożona” dorosłość.
Ale wyszumienie się w młodości nie zawsze przybiera formę głupią, lecz w gruncie rzeczy niewinną – ot, po prostu trzeba taką fazę „hormonalnego zdurnienia” przejść, jak ospę wietrzną. Czasem to zabawa naprawdę po bandzie, z dużą ilością przypadkowego seksu, używek, niepotrzebnego ryzyka, rozrywek zbyt ekstremalnych nawet jak na młody wiek. No nie wygląda to jak przygody, które wspomina się po latach z czułym uśmiechem, tylko na
obciążenie, który zamiast budować doświadczenie to raczej robi niezły bałagan w głowie.
Jest to po prostu pasmo wydarzeń, po których ma się głównie moralnego kaca i ciarki żenady. Człowiek dochodzi do wniosku, że całe to balowanie, romansowanie, eksperymentowanie, wtedy tak fajne, dzisiaj, z perspektywy czasu, wygląda żałośnie. O zwykłej głupiej przygodzie można bowiem opowiedzieć znajomym, a czasem nawet dzieciom, tu jednak są rzeczy, których wstydzimy się nawet sami przed sobą. Lub mamy to zasadniczo gdzieś, lecz wiemy, że w oczach innych więcej tracimy niż zyskujemy. Pół biedy, jak są to pojedyncze
wyskoki, które udało się zrównoważyć czymś bardziej wartościowym, lecz bywa, że większość młodości upłynęło na robieniu rzeczy mniej lub bardziej kompromitujących, szkodliwych, niebezpiecznych dla zdrowia i psychiki.
Nadbagaż kosztuje
Z zabawą, jak ze wszystkim można przesadzić. Czy to automatycznie przekreśla człowieka i jego szanse na zdrowy związek? Nie, ale mocno to utrudnia, co potwierdzają liczne badania.
Duża liczba partnerów seksualnych, zwłaszcza gdy były to takie „znajomości bez zobowiązań”, nie powoduje wcale niechęci do skoków w bok już w małżeństwie – części oczywiście udaje się oczywiście wyciszyć i lekceważyć pokusy, ale druga, wcale niemała część, do monogamii zachowuje dość lekceważący stosunek.
A kiedy wyszumienie się skręca w mocno chaotyczną, toksyczną stronę, to ciężko w ogóle stworzyć związek, który mógłby znaleźć finał przed ołtarzem – nabyte doświadczenie nie jest żadnym solidnym fundamentem, jest zbędnym bagażem.
Nie ma zwykłego zaspokojenia ciekawości, bo w zachowaniu da się wyczuć pewne niepokojące schematy, które zdradzają
brak dojrzałości, dlatego ostatecznie stabilniejszy związek stworzy ktoś „niewyszumiany”, za to ze zdrowym backgroundem.
Zbyt dużo mocnych wrażeń często też psuje normalność – na potencjalnego partnera, który jest poukładany i dobrze rokuje, patrzy się z niechęcią, bo może trafi się ktoś lepszy, a poza tym po co się w ogóle ograniczać do jednej osoby? Niektórych rzeczywiście dopada refleksja, że poniewieranie się każdego dnia to prosta droga do gleby, a nie szczęścia, ale wiele osób nie potrafi tak naprawdę zmienić swojego nastawienia. I nawet kiedy się ustatkują, będzie to pozorne – małżeństwo nie da im wielkiej satysfakcji, rodzina częściej się im wyda kulą u nogi niż błogosławieństwem, a brak totalnej swobody i odpowiedzialność uwierają tak, że wrócą do starych nawyków.
Żałują głównie niezadowoleni
Krótko mówiąc, bujna młodość prędzej zaszkodzi niż pomoże w budowaniu trwałego, udanego małżeństwa, ale nie ma tu tak naprawdę żadnej prostej zależności – jednym to się przysłuży, innym wręcz przeciwnie, i bez problemu można znaleźć szczęśliwe pary, które związały się bardzo młodo i nie miały po drodze żadnych innych partnerów. Ważniejsze dla stabilności jest po prostu dobre poznanie się nawzajem i dopasowanie do realnych potrzeb – kiedy wiesz, kogo bierzesz sobie za męża/żonę, i to faktycznie ci odpowiada, ryzyko, że po paru latach zabraknie ci singielskiej wolności, będzie o wiele mniejsze.
Druga rzecz – frustracja często wynika nie tyle z niedosytu „wyszalenia”, co z rozczarowania teraźniejszością, bo jak w małżeństwie wszystko gra, to nie ma powodu żeby jakoś na serio tęsknić za niczym nieskrępowanym balowaniem. Więc nawet jeśli jest jakiś smuteczek, to niewielki i tylko przelotny – ok, nie wyszumiałam się, ale przynajmniej mam coś, czego inni mogą mi pozazdrościć.


Dlaczego kobiety są „strażniczkami patriarchatu”?
Dlaczego kobietom tak trudno stawiać granice?
Mam 30 lat i zaczynam od zera. Czy to normalne? Bardziej niż myślisz
Czy naprawdę warto wychodzić ze swojej „strefy komfortu”?
Dlaczego z wiekiem coraz trudniej nawiązywać przyjaźnie?
Social aging: dlaczego kobiety po 30 czują, że świat traktuje je jak starsze, niż są?
Czym jest praca emocjonalna?
Dlaczego kobieca rywalizacja jest tak źle postrzegana?
Czy kobiety są zmęczone byciem „silne”? O niewidzialnym ciężarze, który nosimy codziennie
Dlaczego jesteśmy rozczarowane własnym życiem?
Dlaczego kobiety boją się być asertywne?
10 rzeczy, które kobiety rozumieją dopiero po skończeniu 30 lat
Dlaczego kobiety tyle mówią?
Dlaczego chłód emocjonalny wydaje się tak atrakcyjny?
Dlaczego ludzie bardziej skupiają się na swoich wadach?
Zostaw komentarz