Główne menu

Czy rodzice powinni się interesować życiem dorosłego dziecka?

Kiedy dziecko dorasta i idzie na swoje, rodzicielstwo w naturalny sposób powinno ulec zmianie. Już nie tyle wychowujesz, co służysz radą, pomagasz w trudnych chwilach, motywujesz albo krytykujesz niewłaściwe postępowanie – oczywiście wszystko w sensownych granicach, bo dorosłe dziecko jest… no cóż, dorosłe, więc samo musi już za siebie decydować i ponosić konsekwencje własnych czynów.

I tak jak wkurza strasznie, gdy rodzic zapomina o tym, wciąż traktując dorosłego potomka jak bezradnego malucha, to całkowity brak zainteresowania z jego strony potrafi boleć równie mocno. Bo czasem można by pomyśleć, że wraz z wyprowadzką z rodzinnego domu dorosłe dziecko niemalże przestało istnieć dla swoich rodziców – nie wtrącają się, to prawda, ale też mało co ich interesuje. Nie wydzwaniają każdego dnia, nie dopytują o życie uczuciowe, nie mówią „coś ty zrobiła z włosami” albo „czemu te zasłony są takie brzydkie”. Brzmi świetnie, prawda? No jak się okazuje – niekoniecznie.

Czy rodzice powinni się interesować życiem dorosłego dziecka?

Bolesna obojętność

Ograniczony kontakt z rodzicami może być wręcz zbawienny, jeśli jego przyczyną jest przemoc oraz inne toksyczne zachowania. Bywa jednak i tak, że za chłodem w relacjach nie stoi żaden poważny konflikt. Nie ma poniżania, ciągłego czepiania się, kłótni, rażącego naruszania granic, a dorosłe dziecko nie wychodzi z domu z pakietem traum do przepracowania. Na pozór rodzina ma się dobrze. Więc dlaczego „na pozór”? Ano dlatego, że dziecko zeszło na bardzo daleki plan.

A nawet więcej, bo czasami wygląda to tak, jak gdyby przestało być ono w ogóle istotne dla rodziców. Nie to, że ograniczyli swoją uwagę, to akurat normalne i zdrowe. Tej uwagi nie ma prawie wcale. Jak gdyby po usamodzielnieniu dziecko przestałoby być częścią rodziny. I często są to naprawdę przykre sytuacje – rodzice nie przychodzą na rozdanie dyplomów, nie dzwonią w urodziny i tylko wysyłają lakonicznego sms-a, nie zapytają „jak poszło?” po ważnej rozmowie o pracę. Są tak bardzo obok, że więcej życzliwości można dostać od przypadkowych, obcych osób.

Niby nie ma otwartej wrogości, ale tak daleko posunięta obojętność potrafi być gorsza od złośliwych docinków i pretensji. Jakakolwiek nowina, dobra czy zła, kwitowana jest krótkim „acha” lub czymś w tym rodzaju. Żadnego dopytywania, żadnej ekscytacji czy smutku. Po prostu zerowe emocje, ewentualnie odpowiedzi wygłaszane takim tonem, że z góry wiadomo – to tylko dla zachowania pozorów, żeby rodzic wyglądał na przejętego. Bo tak naprawdę kiedy tacy rodzice rzucają „co u ciebie?”, to wcale nie chcą wiedzieć i liczą na krótkie „jest dobrze”, bez szczegółów, i broń Boże, bez dalszych oczekiwań.

Rodzina na dystans

To zrozumiałe, że tak powierzchowne zainteresowanie dotyka do żywego. Dorosłe dzieci szybko się uczą, by swoje emocje trzymać na wodzy i nie uzewnętrzniać się w obecności rodziców, co jednak nie zmienia tego, jak bardzo ich to gryzie w środku. Smutne, że mamy nie obchodzi jak było na wymarzonych wczasach. Że tata nie chce słuchać o problemach syna z szefem. Że ze swoich lęków i codziennych zmagań nie można się zwierzyć tak bliskim osobom. Ba, nawet nie można z nimi świętować awansu, zaręczyn, tego jak super udał się remont w salonie i jak dobrze wnuczce poszło na olimpiadzie matematycznej.

Słowem, ten rodzic nie pocieszy dorosłego dziecka, nie zgani, nie pogratuluje. Pokiwa tylko głową z grzeczności i wróci do własnych spraw, jak widać dużo bardziej zajmujących niż losy potomstwa. Ale czy można mieć o to do niego żal? Dzieci dotknięte chłodną obojętnością zazwyczaj czują, że tak, ich żal jest uzasadniony, bo czy to serio aż tak zaskakujące, pragnąć akceptacji mamy i taty? Chcieć usłyszeć, jak bardzo są dumni, albo że w ogóle odczuwają jakieś emocje? Wiadomo, mają pełne prawo do własnego życia, po prostu dziwi, że nie ma w nich choćby niewielkiego kącika dla dzieci.

A ponieważ są to rodzice, strasznie trudno jest obrócić się na pięcie, odejść, zapomnieć i znaleźć życzliwsze otoczenie. Często za to szuka się jakiegoś usprawiedliwienia, no bo przecież mama się starała, tata też nie zrobił niczego złego – mogło być naprawdę znacznie gorzej, tyle się słyszało opowieści o domach jak z najgorszego koszmaru. Tyle że zaraz potem widać matkę, która z obojętnością słucha o małżeńskich sprawach swojej córki, by pięć minut później przeżywać miłosne perypetie jakiejś typiarki poznanej na Facebooku. I dodatkowo, to właśnie tejże typiarce opowiada, jak przebiegła wizyta u lekarza, a babcia złamała nogę – córce, synowi nie powie, lub wspomni tylko mimochodem, bo najwyraźniej do obcych ma większe zaufanie.

To zaś nie tylko pokazuje, jak mało bliskości jest w rodzinie. Dla wielu osób odrzucenie przez rodzica jest ciosem prosto w samoocenę – ich niechęć podważa budowaną wartość jako człowieka, deprecjonuje dokonania, bo skoro na nich cały wypracowany dobytek nie robi żadnego wrażenia, to jak uwierzyć w osiągnięty sukces? Tym bardziej, że nie jest to obojętność na cały świat. Wręcz przeciwnie – dla tamtych jest czas, jest uwaga, jest zaangażowanie.

Dorosła jesteś, radź sobie sama

Jak wiele wsparcia powinno dostać dorosłe dziecko od rodzica? Dyskusja równie gorąca jak ta, czy córka/syn musi zajmować się na zniedołężniałym ojcem albo matką. Bo przecież nie jest wcale rzadkością oczekiwanie, by starzy dali spokój, nie wtrącali się i generalnie nie istnieli do momentu, w którym trzeba kogoś do dziecka albo pożyczyć pieniądze, więc cóż się dziwić, że oni teraz, po latach wyrzeczeń, mają zamiar w końcu skupić się na sobie. A skoro wcześniej „wtrącali nosa w nieswoje sprawy”, to proszę bardzo drogie dzieciaczki, żyjcie sobie po swojemu. I przestańcie płakać, że teraz o nic nie pytamy.

Dla wielu młodych jest bowiem oczywiste, że rodzic daje, i nie ma się co zastanawiać nad tym, ile to tak naprawdę kosztowało. Nie pada nawet zwykłe „dziękuję”. Tylko czy nie ma innych opcji niż definitywne zatrzaśnięcie drzwi? Można zrozumieć, że mama nie chce być na każde zawołanie, i też ma w planach wyjść na Sylwestra zamiast niańczyć wnuki. Ale mieć w nosie córkę do tego stopnia, że cały kontakt to krótki telefon raz na kwartał i suche „wszystkiego najlepszego” w ramach życzeń na święta? Zresztą, zemstę za brak wdzięczności ciężko będzie nazwać dojrzałym zachowaniem, więc może problem leży w całkiem innym miejscu?

Rodzice na ogół nie odwracają się plecami do dziecka z dnia na dzień, bez wyraźnego powodu – mogą mieć swoje sprawy, szanować czyjąś autonomię, ale najczęściej już zawsze widzą w pani dyrektor małą Moniczkę, choćby nie wiadomo jak rozpierała ich duma z jej dorosłych dokonań. Ich wzajemna relacja ma oczywiście luźniejszą formę, lecz nie zanika, i wciąż powinna być w niej pewna doza troski. Więc kiedy jej nie ma, coś najwyraźniej poszło nie tak.

Dziecko to tylko ciężar

Co dokładnie? Nikłe zainteresowanie dzieckiem najpewniej miało miejsce już lata temu, po prostu wtedy dorastający, młody człowiek nie wyłapywał jeszcze wszystkich niuansów, zwłaszcza gdy w domu było normalnie. Normalnie w tym sensie, że rodzice nie bili, nawet jakoś specjalnie nie krzyczeli i nie karali – zapewniali, co trzeba, czasem zrobili fajną niespodziankę, byli ok. Lecz jak się troszkę głębiej poskrobie, to wyjdzie, że w gruncie rzeczy w rodzicach niewiele było ciepła – robili co do nich należy, ale to raczej był dla nich uciążliwy i przykry obowiązek.

Albo po prostu obowiązek, bo tak już było, że człowiek musiał wziąć ślub, założyć rodzinę, spłodzić potomstwo. A że nie każdy czuje w sobie ten zew natury, by się rozmnożyć, to trudno oczekiwać entuzjastycznego podejścia do niechcianego „ciężaru”. I dzisiaj też można znaleźć rodziców, którzy ulegli presji otoczenia, a nie własnym pragnieniom, dlatego po wyfrunięciu piskląt z gniazda czują ulgę zamiast smutku – nareszcie są sami. I ostatnie, czego sobie życzą, to czynny udział w życiu dzieci, bo dość mają odpowiedzialności za kogoś.

Może i brzmi to okrutnie, ale oni sami prawdopodobnie wychowali się w bardzo podobnym domu. Nikt ich nie nauczył budowania więzi, a okazywanie emocji uchodziło za słabość. Druga rzecz – twardy chów zwykle idzie w parze z przekonaniem, że dorosłe dziecko już nikogo nie potrzebuje, więc nie należy się narzucać. Ograniczony kontakt może być w pewnym sensie właśnie okazaniem szacunku dla potomka – mamy cię za kogoś na tyle ogarniętego, że nie potrzebujesz trzymać mamusi za rączkę.

To ogarnięcie też zresztą bywa przyczyną rodzinnych niesnasek, jakkolwiek dziwnie by to brzmiało – niektórych rodziców zwyczajnie złości, że dzieci ich tak wyraźnie przewyższyły. Są lepiej wykształcone, mądrzejsze, zaszły wyżej, sprawniej się poruszają po skomplikowanych ścieżkach życia, a świat dookoła nie jest dla nich czarną magią, to zaś wywołuje poczucie porażki i wstydu – wycofanie się to wygodny mechanizm obronny, bo jak dziecka nie ma, to jego szczęście nie kłuje w oczy.

Tylko co z tym zrobić? Prawdę mówiąc, niewiele. To na ogół są tak głęboko zakorzenione mechanizmy, że rozmową niewiele się uda wskórać, a o wspólnej terapii pewnie nie ma co marzyć. Czyli odpuścić? To zależy. Jak druga strona odpowiada na próby pojednania – warto spróbować. Nie ma jednak za bardzo sensu walka o kogoś, kto ignoruje wszelkie próby i sam nie podejmuje żadnego wysiłku, upierając się przy własnej wersji – rodzina rodziną, ale gdy kontakt z nią powoduje wyłącznie ból i rozczarowanie, odejście może być najlepszą formą zawalczenia o siebie.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>