Główne menu

Czy sztuka flirtowania dziś całkowicie umarła?

Flirt to przyjemne napięcie o seksualnym zabarwieniu, lekki dreszczyk emocji, dużo dwuznaczności, droczenia, sugestywnej mowy ciała. Niby wiadomo o co chodzi, ale troszkę udajemy, że nie, bo najfajniejsze we flirtowaniu są właśnie niedopowiedzenia – to jeszcze nie pora na konkret, to dopiero sondowanie terenu. Wstęp do uwodzenia. Albo po prostu przyjemna gierka bez dążenia do konsumpcji, ot tak, żeby poczuć się lepiej, udowodnić własną atrakcyjność, potwierdzić, że „ciągle to mam”.

Ale czy dzisiaj ktokolwiek jeszcze flirtuje? Czy to ma w ogóle sens? Jest bezpieczne? Oczekiwane przez drugą stronę? Zdaniem wielu, flirt już po prostu umarł, nie wytrzymał zderzenia z nową rzeczywistością, stał się przestarzałym i ryzykownym narzędziem, które tylko może napytać biedy. Więc może trzeba się pogodzić z faktem, że epoka romantycznych zalotów bezpowrotnie minęła?

Czy sztuka flirtowania dziś całkowicie umarła?

Kobiety wkraczają do akcji

Skąd te głosy, że flirtowanie odeszło do lamusa? Atmosfera w ostatnich latach faktycznie nieco się zagęściła jeśli chodzi o relacje damsko-męskie. Pojawiło się MeToo, skoczyła do góry liczba procesów o molestowanie, coraz głośniej opinia publiczna podkreśla, jak problematyczny jest często podryw, a firmy masowo zaczęły wprowadzać politykę „no harassment”. Krótko mówiąc – lepiej uważać. Ty sobie pożartujesz o ładnej bluzeczce, a drugiego dnia HR wezwie na dywanik i dostaniesz dyscyplinarkę.

Jednocześnie internet objawił masę nieprzyjemnych „prawd objawionych”, i nawet kiedy uznamy, że to wpisy zakompleksionych frustratów, niepokój przemieszany z niechęcią pozostaje – bo co jeśli ktoś jednak naprawdę tak myśli? Zwłaszcza że mamy całe wątki, fora, społeczności nastawione na bezpardonowe starcie – ciężko uznać, że to same boty, trolle i bojownicy klawiatury. Lektura komentarzy potrafi szybko obedrzeć ze złudzeń i zniechęcić do kontaktów, bo jak tak ma to wyglądać, że się nienawidzimy i wszystko sprowadza się do walki o władzę, kto kogo przechytrzy i wykorzysta, to po co? Bezpieczniej odpuścić randki i zamiast tego skoncentrować się na ciekawym hobby.

To na szczęście tylko wycinek rzeczywistości. Ludzie nadal flirtują, i w sumie to ciężko orzec, czy rzadziej, gorzej, z mizerniejszymi efektami. Na pewno można za to powiedzieć, że flirt mocno się zmienił. Na przykład pod tym względem, że kobiety zrobiły się śmielsze. Choć kulturowy mit nadal mówi, że pierwszy krok powinien wykonać mężczyzna, współczesne kobiety są dużo bardziej bezpośrednie w nawiązywaniu znajomości z płcią przeciwną.

Dawniej też inicjowały flirt, ale znacznie subtelniej, na innych zasadach, upuszczając chusteczkę albo zerkając nieśmiało znad wachlarza. Dzisiaj mogą sobie pozwolić na więcej pikanterii i nie chcą biernie czekać aż zostaną wybrane, niemniej ta odwaga uwidocznia się głównie w sieci – przed podejściem do chłopaka w barze często mają opór, ale serduszko pod zdjęciem, dwuznaczny komentarz, zabawny mem, pytanie o najlepsze ćwiczenia na brzuch „bo widać się na tym znasz”? Czemu nie.

Już nic nie można powiedzieć!

No dobrze, a co z mężczyznami? Nie da się ukryć – mają trudniej. Wielu z nich serio się boi, że zagadując flirciarsko dostaną łatkę creepa lub wprost oskarżenie o molestowanie. Nie potrafią do końca rozróżnić, co jest „niewłaściwe”, a to, co słyszeli dawniej od ojców, dziadków, wujków, starszych kolegów, okazuje się nie mieć dziś zastosowania. Bo każdy obraża się o byle co. Wszystko może urazić. No więc jak zagaić rozmowę? Przecież kiedy każde słowo jest wyważone, delikatne, neutralne, cały czar pryska.

Atmosfera momentami jest taka, że mężczyzna czuje, jak gdyby startował z poziomu „winowajcy” i wpierw musiał udowodnić brak złych zamiarów. Że nie jest jednym z „tych kolesi”. W pracy, szczególnie tej korporacyjnej, pracownicy płci męskiej często unikają jakichkolwiek interakcji ze swoimi koleżankami, tak na wszelki wypadek. Ale czy to słuszne obawy?

No właśnie nie do końca. Część tych obaw naprawdę ma swoje uzasadnienie, bo zasady społeczne przeszły rewolucję, jednak ryzyko oskarżenia, kiedy on „tylko chciał pogadać”, jest w rzeczywistości znikome.

Kobietom nie przeszkadza flirt, wręcz przeciwnie. Nie są oburzone komplementem, i nie zamierzają nikogo pozywać za pytanie o numer telefonu. Tym, co irytuje i prowadzi do nieprzyjemnych sytuacji ze skargami włącznie, jest najczęściej namolność – kiedy druga strona nie przyjmuje odmowy i dalej naciska. Oraz naruszanie granic, tych cielesnych i werbalnych. Nieporozumienia w kwestii flirtu wynikają też z tego, że mężczyźni zwykle po prostu nie rozumieją poczucia zagrożenia, jakie kobieta może odczuwać, gdy obcy chłop nagle ją zagaduje.

Wiele oczywiście zależy tu od kontekstu, niemniej kobiety często mają na koncie utarczki z agresywnymi adoratorami, i zwyczajnie obawiają się powtórki. Są zmęczone tym, że po raz kolejny ktoś je zaczepia. A reagują ostro, bo nauczone doświadczeniem boją się, że uśmiech i miękka odmowa będą traktowane jako „nie, ale próbuj dalej” – to reakcja obronna, która wielu mężczyznom wydaje się przesadnie agresywna, nieadekwatna do sytuacji. Bo nie chodzi o niechęć do flirtu – problemem jest brak poczucia bezpieczeństwa.

To co wolno, jak nic nie wolno?

Mit o agresywnych kobietach, dla których każda próba flirtu to molestowanie, jest często powielany przez osoby, które nie rozumieją, że pewne zachowania są dzisiaj nieakceptowalne. Przynajmniej dla sporej grupy. Oczywiście, kwestia granic osobistych to grząski teren, ponieważ ludzie mają różną wrażliwość, dlatego dla jednych ten sam żart rozbawi, a dla drugich to będzie przegięcie. Kłopot w tym, że części flirtujących nawet nie chce się zrewidować własnych poglądów, a już tym bardziej nie zamierzają oni wczuwać się w czyjąś sytuację.

I przez to flirt w ich wykonaniu jest raczej osaczaniem, aniżeli niewinną zabawą o erotycznym zabarwieniu. Po napotkaniu stanowczego oporu czują się zdezorientowani oraz sfrustrowani, że ich awanse spotkały się z bardzo zimnym, wrogim odzewem, więc próbują się wykręcić wymówką „co za czasy, w których niczego nie wolno powiedzieć”. A nie byłoby konfliktu, gdyby po prostu włożyli troszkę wysiłku w naukę taktu, empatii, obustronnego dialogu.

Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że mężczyźni mają prawo czuć się w świecie flirtu zdezorientowanymi. Bo ok, stary wzorzec hardego zdobywcy przełamującego opór kobiety został odrzucony, nazwaliśmy różne „samcze” zachowania toksycznymi i nie do przyjęcia, tylko nie bardzo pojawiły się nowe instrukcje. Nie ma jasnych wytycznych, jakie formy flirtu są akceptowalne. Znaczy są, lecz nie przebiły się one jeszcze tak mainstreamowo – niby wiadomo, że dzisiaj to bardziej „wysyłam sygnał i czekam na odpowiedź” niż „przypieranie do ściany mimo sprzeciwu”, tylko właśnie: co może być owym sygnałem?

Brzoskwinki, bakłażany, wisienki, kropelki wody

I może w innych okolicznościach udałoby się już wypracować sensowne reguły nowoczesnego flirtowania, gdyby tylko było pole do praktyki. Bo zwłaszcza młodzi dość rzadko ćwiczą interakcje twarzą w twarz, więc często nie mają w sobie tej instynktownej zdolności do improwizowania. Nie to, że kiedyś ludzie byli mistrzami uwodzenia i zawsze potrafili powiedzieć coś w punkt, zaczarować słowami, wywołać rumieniec na policzkach, mieli jednak znacznie więcej treningu, bo gadka na żywo była po prostu jedyną dostępną opcją.

A dzisiaj nie jest. Dziś flirtujemy coraz powszechniej przez internet. Co z jednej strony pomaga, bo są matche, czyli zielone światło na ciąg dalszy, plus monitor dodaje śmiałości, jest czas do namysłu, można przeredagować tekst przed wysłaniem. Z drugiej jednak, nie widać reakcji drugiej osoby, a słowo pisane, choćby okraszone tysiącami piktogramów, nigdy nie przekaże emocji równie precyzyjnie co bezpośredni kontakt. Nie zrobi tego nawet głosówka czy rozmowa wideo.

Komunikacja online ma ten minus, że zmusza do skrócenia przekazu, a że treści jest multum, liczy się pierwsza sekunda, i to dosłownie, żeby utrzymać czyjąś uwagę. Ludzie piszą skrótami, używają emotek, a ten język niezbyt sprzyja flirtowaniu, które wymaga finezji. Brak jest nie tyle chęci do flirtowania, co kompetencji, bo często padają albo krótkie banały w stylu „hej piękna”, albo zbyt dosadne wiadomości typu „wyślij cycki” czy „u mnie dzisiaj wieczorem?”.

Wbrew pozorom jednak, to nie jest nic nowego – gigantyczna liczba starych poradników z zakresu uwodzenia i podrywania dowodzi, że większość zawsze miała z tym problem. Może więc po prostu trzeba się z tym pogodzić, że w realu flirt niekoniecznie wygląda jak na francuskich dworach, tylko bywa czasem lekko niezręczny?

Może i „hej, czy przypadkiem nie upadł ci kasztan?” brzmi jak najżałośniejszy tekst na świecie, ale… czy gdybyśmy byli nieco bardziej przychylni i doceniali, że ktoś odważył się do nas zagadać, to okazji do flirtowania nie byłoby więcej?

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>