Główne menu

Dlaczego jesteśmy rozczarowane własnym życiem?

Okrągłe urodziny to taka symboliczna granica. Kończąc 30, 40 albo więcej lat, mamy często wrażenie, że zmiana pierwszej cyfry na liczniku zapowiada nadejście nowej epoki. A skoro nadchodzi nowe, to trzeba pożegnać stare, i przy okazji może też zrobić jakiś bilansik dotychczasowych osiągnięć.

I właśnie ów bilans potrafi skutecznie popsuć radość z obchodzonych urodzin, bo nie dość, że człowiek się starzeje, to jeszcze nie bardzo ma się czym pochwalić. Miało być pięknie, same sukcesy, a tu proszę, rozczarowanie goni rozczarowanie. Nasza 20-letnia wersja tylko prychnęłaby z pogardą widząc, jak bezwiednie toczymy się po równi pochyłej, ale może po prostu zbyt surowo oceniamy własne życie?

Dlaczego jesteśmy rozczarowani własnym życiem?

Dlaczego jesteśmy rozczarowani własnym życiem?

Co zostaje z młodzieńczego optymizmu?

Młodość zwykle upływa pod znakiem robienia wielkich, śmiałych planów. To jeszcze ten czas, kiedy mamy w sobie ogromne pokłady wiary i nadziei, a młodzieńcza naiwność tylko je podkręca. Ale niedługo potem, no cóż, nadchodzi rzeczywistość, która potrafi sprzedać takiego plaskacza, że wszystkiego się odechciewa. I nim się człowiek obejrzy, młodość mija, a wraz z nią te szumnie zapowiadane wyzwania – bo ostatecznie niewiele z nich wyszło, a
nawet jeśli, to zbyt dużym kosztem.

Dlatego patrząc w lustro tak ciężko poczuć satysfakcję. Owszem, może i nie doszło do najgorszej klęski, ale dzisiejsza „ja” nijak się ma do wyobrażeń z młodości. Na wejściu w dorosłe życie wizja była zupełnie inna – miała być lepsza praca, fajniejszy związek, ciekawsza osobowość, dni wypełnione ambitnymi, pasjonującymi zajęciami. Tymczasem wracasz do domu z roboty, której nie znosisz, a sfera prywatna to jakaś porażka.

Zresztą, realizacja młodzieńczych planów też wcale nie gwarantuje zadowolenia z życia, dokładnie w myśl powiedzenia „uważaj czego sobie życzysz” – dostajesz X, lecz tracisz Y, co w ostatecznym podsumowaniu oznacza bolesną stratę. I co najgorsze, nie ma już siły na nowe otwarcie, bo gdzieś cała para się ulotniła, czyli nie tylko nieudacznik, ale i słabiak. No nic dziwnego, że taki podeptany.

Zderzenia dwóch światów

Poczucie zawodu nie ogranicza się do braku sukcesów. Przeraża też brak charakteru, to, że nie mam odwagi walczyć o swoje, stałam się oportunistką, odwracam oczy od niewygodnych faktów, wybieram komfort ponad wartości, zdradziłam dawne ideały. I jakby tego było mało, przestałam się bawić, śmiać, fantazjować, być ciekawą świata – teraz głównie zrzędzę i myślę do bólu praktycznie, zgubiłam gdzieś cały polot, dystans, radość z drobiazgów. Słowem, stałam się kimś, kto dekady temu był moim antywzorem.

Dobra wiadomość jest taka, że to bardzo powszechne myślenie. Większość ludzi miewa podobne refleksje, nawet kiedy ich życie wydaje się całkiem ok. Po prostu w pewnym momencie dopada nas smutna refleksja, że dorosłość wyraźnie odbiega od nastoletnich wyobrażeń o świecie, a „cudowne” recepty wymyślane za młodu świetnie sprawdzają się
wyłącznie w teorii. A okrągłe urodziny to idealny trigger skłaniający do niewesołych rozważań – to miał być moment przełomowy, a wyszło… No to co wyszło.

Ale czy słusznie się tak biczujemy? No właśnie nie bardzo. Jasne, niektóre pretensje mają sens, jednak spora część postawionych zarzutów to obrażanie się na nieuniknione – młodzi nie mają jeszcze doświadczenia, więc siłą rzeczy bazują głównie na wyobraźni. W głowie łatwo sobie ustalić, kim będę i co osiągnę, realny świat jest jednak dużo bardziej
skomplikowany. Nie zapewnia wcale „nieograniczonych możliwości” – te ograniczenia jak najbardziej są, i wyskakują w najmniej dogodnych chwilach.

Rzadko kiedy bowiem na drodze do celu nie pojawiają się niespodziewane przeszkody. Nie wystarczy „iść po swoje”. Młody człowiek, nawet biorąc pod uwagę pojawienie się w przyszłości dzieci oraz innych obowiązków najczęściej nie ma bladego pojęcia, z czym to się tak naprawdę wiąże, nie dziwi zatem, jak mocno oczekiwania rozjeżdżają się z rzeczywistością.

Gdzie jest ta dziewczyna

Krótko mówiąc, w młodości życie jest dopiero obietnicą, czystą kartką do wypełnienia. Dorosłość to już konsekwencje podjętych wcześniej kroków, ale i wypadkowa czynników, na które nie ma się większego wpływu. Bo nie przewidzisz w wieku 20 lat ciężkiej choroby, wypadku, katastrofy naturalnej albo zachowań innych ludzi – to się po prostu dzieje i zmienia trajektorię losu. A każde takie wydarzenie jakoś wpływa na psychikę, koryguje sposób myślenia, lekko podcina skrzydła.

W efekcie znika młodzieńcza beztroska i wiele osób dochodzi do wniosku, że kiedyś były lepszą wersją siebie. A prawda zazwyczaj wygląda inaczej – nie staliśmy się gorsi, tylko nam doszło ciężarów, bo stres, wypalenie zawodowe, troski rodzicielstwa, finanse, tyle nieszczęść dookoła. Ale zamiast uczciwie ocenić, skąd te słabe osiągi, i czy w ogóle można mówić, że są słabe, większość stwierdza: zawiodłam. I tyle, żadnej głębszej analizy.

Oczywiście to nie jest standard, bo niektórym wiek właśnie służy – to za młodu byli nieśmiali, cisi, zamknięci, przeźroczyści, rozgoryczeni, podczas gdy teraz czują, że w końcu świat stoi przed nimi otworem i nie warto przejmować się ludzkim gadaniem. Nie da się jednak ukryć, że zmęczenie życiem to powszechne, uniwersalne zjawisko – i to samo w sobie nie jest jeszcze problemem, jest nim nakręcanie się w przekonaniu o nieodwracalnej porażce.

A kobiety są w tym, niestety, bardzo dobre – ochoczo pielęgnują w sobie doznane upokorzenia, krytyczne komentarze, oznaki lekceważenia, ignorowanie, umniejszanie pt. jesteś tylko babą. To często drobiazgi, ale jak się skumulują, ciężko nie pomyśleć „jaka ja jestem beznadziejna”.

Czasu nie cofniesz, ale…

Zderzenie fantazji z prawdziwą dorosłością bywa bolesne, lecz w swoich ocenach zbyt często posiłkujemy się fałszywymi obserwacjami. Bo własne spowolnienie to jedno, a porównywanie się z innymi to drugie, i tak się składa, że do tych porównań notorycznie wybieramy osoby, które zdają się mieć wszystko. Widać ich piękny dom, ale nie widać tysiąca wyrzeczeń. Bajkowe zdjęcia z wakacji, jednak bez kłótni, zdrad, wysokiego debetu na
karcie.

Obiekt zazdrości, w naszym mniemaniu, jest bez rys – spełnił pokładane w nim oczekiwania.

Lecz gdyby spojrzeć na siebie z bliska, oczami postronnych widzów, werdykt byłby pewnie dużo łagodniejszy. Bo co w tym złego, że plany się rozjechały? To, co na pozór wydaje się porażką, może dać w zamian całą masę plusików, które w alternatywnym scenariuszu nie miałyby szans zaistnieć.

Przeszłość zaś ma to do siebie, że we wspomnieniach jest idealizowana. Pamięta się głównie tamte emocje, nie fakty, przez co młodsza wersja naszej osoby tak często uchodzi za lepszą. I nawet jeśli pod jakimś względem faktycznie była, to jeszcze nie powód do samokrytyki – raczej sygnał, że może coś warto poprawić. Zrewidować plany na bardziej realne. Kto wie, może nowy pomysł na siebie przyniesie więcej korzyści niż fantazje z młodości?

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>