Dlaczego kobieca rywalizacja jest tak źle postrzegana?
Rywalizacja to naturalne środowisko dla mężczyzn. Raz, że po prostu mają to w sobie, dwa, że otoczenie mocno ich do rywalizacji zachęca. Walczyć trzeba w zasadzie o wszystko, bo jak się poddajesz bez walki, to trochę cienias jesteś. Więc nieważne, czy chodzi o sukces w biznesie, czy amatorskie zawody w darta – jako facet musisz się starać, chyba że nie
przeszkadza ci łatka uległego przegrywa.
A kobieta? Kobieta rywalizować nie musi. Wręcz nie powinna, ponieważ wejście w tryb współzawodnictwa uruchamia w niej najgorsze cechy. Bo kobiety nie uznają uczciwej konkurencji – są zaciekłe, zajadłe i stosują chwyty poniżej pasa, nie wiedzą kiedy odpuścić, nie potrafią przyjąć porażki z godnością. Jak mówi opinia publiczna, to nie ich świat i nie do takich wyzwań zostały przystosowane. Tylko czy da się, będąc kobietą, uniknąć w ogóle
jakiejkolwiek rywalizacji?

Natura czy kultura?
Badania sugerują, że „gen rywalizacji” u mężczyzn faktycznie może być silniejszy, ale też wiele robi kultura – chłopcy od małego są zachęcani do walki, do zdobywania pierwszych lokat, do okazywania dominacji. W ich przypadku agresja jest premiowana – owszem, powinna się zamykać w określonych ramach, ale generalnie chodzi o pokaz siły, o udowadnianie, kto zasługuje na miano najlepszego. Bycie „miłym chłopcem” raczej nie
pomaga w budowaniu wysokiej pozycji społecznej, a nawet bywa traktowane jako obelga – możesz być miły, jeśli stoi za tym duży sukces, ale jeśli to jedyny walor… No nie spodziewaj się od publiczności oklasków.
Środowisko kobiet konstruuje się zupełnie inaczej. Owszem, w ostatnich latach sporo się zmieniło, lecz wciąż dziewczynki często się zniechęca do rywalizacji i co najgorsze, zniechęca właśnie do tej rywalizacji zdrowej, nastawionej na poprawę własnych kompetencji, i przy jednoczesnym wzmacnianiu poczucia, że druga kobieta to zawsze wróg. W efekcie wiele dziewczyn nie wie, czym jest normalne współzawodnictwo i przez to ich relacje z własną płcią bywają niezwykle toksyczne, pełne dram i nieczystych zagrywek. Słowem, idea siostrzeństwa wciąż działa bardziej jako teoretyczny koncept niż realna rzecz.
A taka socjalizacja ma ogromne znaczenie dla późniejszych relacji międzyludzkich.
Mężczyźni ciągle się porównują i wobec konkurentów potrafią być bezlitośni, jednak uczeni są także współpracy, bo przecież trzeba chodzić razem na polowania, na wojny, uprawiać politykę, robić biznesy. Kobiety tworzyły własne społeczności i w pewnym sensie były nawet bardziej zżyte ze sobą niż my dzisiaj, ale że głównym celem było wyjście za mąż, to podsycało narrację o podstępnych wiedźmach, które tylko czyhają na twoje potknięcie i przechwycenie atrakcyjnego kawalera. Z tej perspektywy wzajemna niechęć była zrozumiała – kobieta budowała przewagę niemal wyłącznie na wyglądzie, a jej majątek zależał od ojca, więc nie pozostawało jej nic innego niż spiskowanie, knucie, plotkowanie.
Ten sam epizod, dwa różne spojrzenia
Właśnie ze względu na społeczno-kulturowe uwarunkowania ciężko ocenić, jak duża jest naturalna predyspozycja do rywalizacji u kobiet i mężczyzn. Widać natomiast całkiem wyraźnie, jak mocno ocena współzawodnictwa zależy od płci konkurujących ze sobą osób.
Zmagania mężczyzn zazwyczaj opisuje się jako waleczność, determinację, konsekwentne parcie do celu, siłę charakteru, która napędza i nie pozwala spocząć na laurach. A baba jest często po prostu zawzięta. Kieruje nią zazdrość i nienawiść, zwyczajnie nie rozumie, o co chodzi w rywalizacji, chce tylko kogoś zgnębić.
Przez to kobiece walki kojarzą się z czymś niepoważnym, zbędnym, desperackim, że sami widzicie, drodzy państwo, co się dzieje, kiedy kobiece emocje dochodzą do głosu. Mówią tak zresztą także same kobiety, a co jest szczególnie ciekawe w tych obserwacjach, to kompletne pomijanie toksyczności w męskich gronach i skupianie się na babskich gierkach, a przecież nie jest wcale tak, że męskie współzawodnictwo to zawsze piękna, szlachetna walka według uczciwych reguł.
Już samo to, jak media podnoszą ów temat, silnie wpływa na postrzeganie zjawiska – bardzo ciężko jest znaleźć tekst pt. „dlaczego mężczyźni tak wściekle ze sobą rywalizują?”, „czy mężczyźni nienawidzą się nawzajem?”, „jak mężczyźni niszczą męską konkurencję?”, a o kobiecej rywalizacji w zasadzie nie pisze się w kontekście innym niż podkładanie świń i brak solidarności. Męskie potyczki, również te nieczyste, są znacznie częściej tłumaczone, usprawiedliwiane, racjonalizowane, natomiast w artykułach o kobietach dominuje narracja „baby są po prostu wredne”. Kobiety wbijają sobie szpile, mężczyźni punktują przeciwnika.
„On udowodnił, że jest lepszy, ona wyszła na zawistną s….”, a przecież w obu przypadkach chodziło o to samo – żeby wypaść lepiej na tle konkurencji, zdobyć określone zasoby, zwiększyć szanse na związek z atrakcyjnym partnerem/partnerką.
Na męską rywalizację, choćby najbardziej brutalną, patrzy się po prostu z większą wyrozumiałością albo w ogóle ignoruje, bo oni już tak mają, i tyle. Jeśli jednak to samo zrobią kobiety, od razu staje się to bardziej zauważalne, mocniej kłuje w oczy, z miejsca wymaga interwencji i potwierdza, że baby trzeba trzymać krótko i nie wypuszczać z domów – gdyby kobiety stworzyły coś na kształt fali w wojsku, na bank zostałyby podjęte jakieś kroki, ale w przypadku mężczyzn tak wielkiego oburzenia nie ma.
Czy to znowu ten mityczny patriarchat?
Przytaczanym wielokrotnie wytłumaczeniem na rozbieżność w ocenach jest różnica w stylach walki. Mężczyźni próbują okazać dominację otwarcie, czytelnymi sygnałami. Potocznie mówiąc, publicznie mierzą się na długości wiadomo czego – przechwalają się, kto ma więcej pieniędzy, droższy samochód, kto komu dał w mordę, kto się na czymś zna lepiej. Tak samo jak kobiety umniejszają innym, próbują rywali poniżyć, ustawić ich niżej w hierarchii,
podkopać wiarygodność. Również wyglądem starają się pokazać, że są wyżsi i silniejsi, że nie należy z nimi zadzierać.
Ale kiedy swoją pozycję w grupie chce sprawdzić kobieta, nagle otoczeniu zaczyna to przeszkadzać. Trochę dlatego, że często nie robi tego wprost, tylko działaniem zakulisowym, a trochę przez to, że jakiekolwiek starcia, pośrednie czy bezpośrednie, zwyczajnie nie pasują do stereotypowego wizerunku kobiety. Można skrytykować mężczyznę, że zbyt ostentacyjnie manifestuje własny majątek i siłę fizyczną, lecz mimo wszystko nie spotka się on z aż tak negatywnym odbiorem co kobieta deprecjonująca wiek oraz urodę rywalek.
Swoje robi wspomniana wcześniej socjalizacja, bo nadal pokutuje przekonanie, że kobiety mają być tymi miłymi, ugodowymi, opiekuńczymi, a o solidarności można mówić dopiero wtedy, gdy wszystkie dziewczyny będą się bezwarunkowo lubić. Potyczki kobiet są notorycznie infantylizowane, sprowadzane do bójki wściekłych samic, zawsze podszyte personalną urazą, zazdrością, niestabilnością emocjonalną. Więc wystarczy, że jedna
koleżanka w biurze okaże się zołzą, by dojść do przekonania „wolę pracować z mężczyznami, baby w robocie są okropne” – cokolwiek inna kobieta zrobi, to będzie „toksyczne”, a nie w ramach dopuszczalnej konkurencji.
Zresztą, nawet kiedy dziewczyny okazują sobie nieoczekiwanie wsparcie, na przykład w pracy, kiedy mimo wzajemnej niechęci potrafią pomóc i stanąć murem za nielubianą koleżanką – u mężczyzn to oczywiste, że potrafią oddzielić sprawy zawodowe od osobistych, ale u kobiet to dowód, jak bardzo są fałszywe i że nie wolno im nigdy ufać. Mężczyźni mogą
sobie jechać od najgorszych, paskudnymi metodami wycinać konkurentów w drodze po awans, pobić przeciwnika za szalik wrogiego klubu, i nikt nie powie, że męska rywalizacja to jakaś patologia. W przypadku kobiet wystarczy z rywalką ściąć się raz, by resztę bab uznać za zawistne debilki.
Dlaczego one są takie wredne?
Nie da się jednak ukryć, że z tą niezdrową rywalizacją między kobietami jest coś na rzeczy, i nie można każdej krytyki sprowadzić do syndromu pick me girl, która tak bardzo chce pokazać, że nie jest taka jak inne. Wrogie przestrzenie istnieją, a obecne w nich kobiety bywają niesamowicie okrutne. Czemu? Skąd ta niechęć do własnej płci? Bo to jest właśnie najbardziej uderzające – mężczyźni umieją wzbić się ponad osobiste antypatie, kiedy sprawa tego wymaga.
Kobietom przychodzi to z większym trudem. Bo mimo potężnych zmian świat nadal pozostaje mocno zmaskulinizowany, zwłaszcza świat nauki, polityki, biznesu, przez co kobiecie dużo ciężej się przebić i zwykle musi ona pokonać więcej przeszkód niż jej koledzy.
Mężczyźni, będąc „u siebie”, w środowisku naturalnym dla własnej płci nawet nie od wieków, a tysiącleci, są w całkiem innej sytuacji – mogą przegrać, mogą z jakiegoś kręgu wypaść, ale nikt im nie powie, że powinni wrócić do kuchni. Mogą walczyć dalej. A kobieta rywalizuje nie tylko o pozycję w hierarchii, ale też o to, żeby społeczeństwo w ogóle ją do
takich zawodów dopuściło.
To zaś oznacza, że inne kobiety nie są naturalnymi sojuszniczkami, tylko wrogami – szefowa dużej firmy funkcjonuje w męskim świecie, na męskich zasadach, nie bardzo więc widzi, jak wsparcie dla własnej płci miałoby jej w czymkolwiek pomóc. I dlatego kobieta, która jeździ ciężarówką, powie, że baba za kółkiem to jakiś dramat – choć sama jest właśnie taką babą za kółkiem.


Social aging: dlaczego kobiety po 30 czują, że świat traktuje je jak starsze, niż są?
Czym jest praca emocjonalna?
Czy kobiety są zmęczone byciem „silne”? O niewidzialnym ciężarze, który nosimy codziennie
Dlaczego jesteśmy rozczarowane własnym życiem?
Dlaczego kobiety boją się być asertywne?
10 rzeczy, które kobiety rozumieją dopiero po skończeniu 30 lat
Dlaczego kobiety tyle mówią?
Dlaczego chłód emocjonalny wydaje się tak atrakcyjny?
Dlaczego ludzie bardziej skupiają się na swoich wadach?
Czy można być „za dobrym” rodzicem?
Rozczarowanie po 30. To nie tak miało wyglądać
Dlaczego ludzie tak często udzielają nieproszonych rad?
Dlaczego kobietom tak często zarzuca się bycie przewrażliwioną?
Czy kobiety są bardziej pamiętliwe?
Czy kobiety mają wybujałe ego?
Zostaw komentarz