Główne menu

Dlaczego ludzie bardziej skupiają się na swoich wadach?

Zawaliłam. Zrobiłam błąd. Niczego nie umiem, do niczego się nie nadaję. Każdy to chyba zna, bo umniejszanie sobie to trochę nasz sport narodowy – chcemy być w czymś najlepsi, ale że głupio się chwalić, to udajemy skromnych. Jednak nie zawsze chodzi o udawanie. Masa ludzi naprawdę myśli o sobie źle i szczerze nie dowierza komplementom oraz pochwałom.

Wystarczy zrobić prosty eksperyment i zapytać losowe osoby o ich wady – zwykle będą w stanie dosyć szybko i łatwo je wymienić, jeśli nie na głos, to na pewno w swojej głowie. A zalety? O, to już gorzej. Mocne strony trudno dojrzeć i wypowiedziane często wcale nie wydają się tak imponujące, co tylko dodatkowo dołuje. Skąd ta skłonność do samobiczowania?

Dlaczego ludzie bardziej skupiają się na swoich wadach?

Dlaczego ludzie bardziej skupiają się na swoich wadach?

Ależ nie, jesteś wspaniała

Można mieć za sobą najbardziej udany dzień, ale wystarczy, że w pewnym momencie popełniło się drobny błąd, by właśnie on zaprzątał głowę przez wiele godzin i popsuł radość z osiągniętych sukcesów. Tak, to bardzo typowe, że większość ludzi bez problemu wymieni własne wady i rozmyślając o sobie, skoncentruje się głównie na niedociągnięciach. Doskonale wiedzą, w czym są kiepscy i co powinni poprawić. A zalety? No jakieś na pewno są, ale żeby tak z marszu je wymienić? I jeszcze wygłosić publicznie? To między innymi dlatego rozmowy kwalifikacyjne o pracę są takim koszmarem, bo musisz pokazać, że się nadajesz, masz takie i takie atuty, w tym i tamtym przebijasz konkurencję.

Bo o własnych mocnych stronach jakoś głupio tak samemu mówić. Niezręcznie. A co jeśli tylko nam się tak wydaje, że jesteśmy świetni? Mało to było takich przekonanych o swojej wybitności, dopóki ich rzeczywistość nie zweryfikowała? Wyjdziemy na głupka, no więc lepiej milczeć. Za to lista wad wydaje się o wiele bezpieczniejszą opcją. I jest też spora szansa, że słuchacze zaprzeczą, pochwalą, podkreślą, jak to jesteśmy w czymś świetni, co zresztą jest dużo przyjemniejsze od chwalenia się w pierwszej osobie. Słowem, skromność popłaca, nawet gdy jest udawana, co utwierdza w przekonaniu, że to właśnie niedoskonałości
są w pewnym sensie większą wartością.

Obserwacje otoczenia zdają się potwierdzać tę teorię. Człowiek z osiągnięciami, który jednak opowiadając o sobie ma skłonność do umniejszania własnych dokonań, zazwyczaj ma u publiki lepsze notowania. Wydaje się dzięki temu nawet jeszcze lepszy, bo nie zadziera nosa i rozumie, jak ważna jest pokora. A ktoś, kto nie ma problemu z mówieniem dobrze o sobie bywa przez otoczenie odbierany dość negatywnie. Bo ok, twoje atuty są niepodważalne, ale po co ta zarozumiałość? Czemu jesteś taką chwalipiętą? I często może to sprowokować, zamiast podziwu, działania mające na celu sprowadzenie buca na ziemię – szuka się jego wpadek, tak żeby z satysfakcją cisnąć w twarz, że proszę, wcale nie jesteś takim ideałem.

Czemu jestem taka beznadziejna?

Ci udający mają jednak świadomość, że coś potrafią, po prostu grają niezdarnych. Ale dla wielu osób to żadna gra – oni serio nie widzą u siebie istotnych zalet. Skazy tak. Przymiotów prawie żadnych. Nawet jeśli na jakimś polu poczują się dobrzy, to szybko humor im popsuje przeświadczenie, że inni ich przewyższają. Więc nie ma się czym chwalić. A każda krytyka jest jak rozgrzebywanie rany – boli bardziej niż powinna i pogłębia kompleksy. Jednocześnie pochwały wydają się kompletnie nieszczere, wręcz szydercze, bo niby co ci ludzie w nas widzą? Na bank kłamią, żeby zabawić się naszym kosztem. Albo czegoś chcą.

Krytyka jest po prostu bardziej powszechna, dlatego łatwiej odnieść ją również do siebie. Do tego często jeszcze dochodzi wychowanie, że nie wypada się chwalić, nie ma się co wywyższać, samochwały są niefajne. „Prawdziwa sztuka sama się obroni”. Owszem, należy się cenić, ale bez przesady, no więc żeby nie przesadzić na wszelki wypadek ludzie sobie umniejszają, że mogłoby być lepiej. Że nie są tak do końca zadowoleni. Że inni ich przewyższają i muszą postarać się mocniej.

Ma to swoje plusy, bo nie osiada się na laurach – jest motywacja, jest ambicja, jest pozytywna złość popychająca do działania. A zachwyt? Zachwyt rozleniwia. Tyle że nadmierne skupianie się na wadach potrafi bardzo skutecznie podciąć skrzydła, bo w końcu człowiek dochodzi do momentu, w którym nie widzi w sobie już niczego pozytywnego. Nie docenia tego, co dotychczas osiągnął, i każda zaleta staje się czymś zwyczajnym, niegodnym pochwały.

Efekty złych doświadczeń

Zewnętrzny świat wyjątkowo chętnie wytyka wszelkie niedoskonałości, a często ta droga do obniżonej samooceny zaczyna się w dzieciństwie, od syna koleżanki twojej mamy, który miał same szóstki, grał świetnie na saksofonie, zdobywał medale na zawodach sportowych, sam z siebie sprzątał pokój, i zjadał nie tylko mięsko, ale i ziemniaczki. W szkole, w pracy podobnie – częściej zbiera się opieprz niż pochwały za dobrze wykonane zadanie, więc ludzie bardziej koncentrują się na słabych stronach niż na eksponowaniu tych mocnych.

Bo pochwały są spoko, każdy je lubi, ale to, co szczególnie zapada w pamięć to właśnie chwile bolesnej porażki. Każda wtopa może podkopać pewność siebie, i od tej pory będzie siedzieć w głowie, wyskakując w najmniej odpowiednich momentach, powstrzymując przed ryzykiem, które mogłoby doprowadzić do sukcesu. Zalety ludzie mogą przeoczyć, ale wady wytkną bezlitośnie. Nic dziwnego zatem, że tak wiele osób koncentruje się na niedostatkach, problem w tym, że zamiast z nimi walczyć coraz słabiej wierzy w siebie.

Brak wiary we własne możliwości bierze się na ogół właśnie z tego – z przekonania, że nie mamy żadnych zalet. To potrafi czasem pójść aż tak daleko, że wręcz wymyślamy nieistniejące wady żeby usprawiedliwić swoją bierność, bo po co ryzykować, skoro i tak nie wyjdzie. Lęk przed porażką, i tą realną, i tą wymyśloną, każe się skoncentrować na tym, w czym jesteśmy kiepscy. Porównania z innymi tylko ten stan podkręcają, bo ci inni zdają się być dziesięć poziomów wyżej, zdolniejsi, mądrzejsi, bardziej zaradni. Jak w tym zestawieniu można w ogóle poczuć się zadowolonym z siebie?

Czy to normalne?

Skupienie na wadach ma duży związek z niską samooceną, ale korzenie takiego myślenia są po części winą ewolucji. Nasi przodkowie z dawnych, pradawnych czasów żyli w naprawdę trudnych warunkach. Ciągle im groziło niebezpieczeństwo, jak nie ze strony dzikich zwierząt, to ze strony wrogich sąsiadów. Nieostrożność dosłownie zabijała, i nawet drobny błąd mógł kosztować zdrowie albo życie. Ważniejsze więc były zagrożenia.

I tak to przez długi czas działało – fajnie, że umiesz dobrze rzucać dzidą, ale jeszcze lepiej, że potrafisz uciec przed wrogiem, bo śmierć jest jednak większym problemem niż wieczór bez kolacji. Z czasem zagrożenia się zmieniały, ale schemat pozostał z grubsza ten sam – wady mogły narobić więcej szkód niż dałoby się to zrekompensować zaletami. Oczywiście dzięki mocnym stronom można było się wybić na lepszą pozycję, ale wciąż kluczowa była umiejętność unikania najgroźniejszych sytuacji, dlatego świadomość osobistych braków pozwalała przetrwać. Bez istotnych zalet problemem było głównie posiadanie niższego statusu.

Nasz mózg często nadal tak działa, jak gdyby ustawieniem fabrycznym było właśnie negatywne myślenie. Miłe rzeczy mogą przejść niezauważone, i podobnie będzie się bagatelizować spore osiągnięcia życiowe, bo mózg zaraz podpowie, że wcale nie takie spore, a jak jest za dobrze, to zaraz pewnie spadnie jakaś bomba. Efekt? Zamiast dumy jest co najwyżej „a tak jakoś wyszło”, „nie zrobiłam niczego wielkiego”, „po prostu miałam farta”. Jak gdyby wszystko się zadziałało przypadkiem, a nie dzięki naszym wysiłkom.

 

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>