Główne menu

Dlaczego ludzie tak często udzielają nieproszonych rad?

Nikt nie jest wszechwiedzący. Uczymy się przez całe życie, a w trudnych sytuacjach zdarza się nam prosić innych o radę, chcemy usłyszeć drugą opinię, skonsultować coś, dostać jakieś wskazówki. Ale jednocześnie lubimy mieć poczucie sprawczości i niezależności, dlatego ostateczną decyzję wolimy podejmować samodzielnie. I strasznie nas złości, kiedy ktoś wcina się nieproszony z radami wygłaszanymi „w dobrej wierze”.

A słychać ich naprawdę sporo, z każdej strony. Nierzadko od osób kompletnie obcych, które jednak czują się w obowiązku pouczyć, że ich zdaniem postępujemy źle. Czasem rzeczywiście mogą mieć rację, niemniej forma pomocy budzi w nas automatycznie przekorę – bo nieproszona rada brzmi jak podważanie kompetencji. Jak twierdzenie „wiem lepiej, co będzie dla ciebie dobre”.

Dlaczego ludzie tak często udzielają nieproszonych rad?

Dlaczego ludzie tak często udzielają nieproszonych rad?

Nikt nie pytał

Coś wzbudziło zainteresowanie i skłoniło do refleksji „ja bym to zrobił inaczej”? Ciężko wtedy oprzeć się pokusie i nie udzielić autorskiej porady, mimo że nikt o nią nie prosił.

Ludzie bowiem mają silną skłonność do udzielania porad. Po co? Bo to fajne zwrócić komuś uwagę i wyjść na tego mądrzejszego, bardziej doświadczonego. Nawet gdy nie za bardzo ma się w jakimś temacie wiedzę, przyjemnie wskoczyć w buty eksperta i wyrazić opinię zakończoną „dobrą radą”. Z przekonaniem, że druga strona – gdyby była mądra – to by nas posłuchała, bo bez wątpienia warto.

Takich właśnie doradców „z powołania” jest naprawdę sporo. Bywają strasznie upierdliwi i po prostu muszą powiedzieć swoje, niepytani przez nikogo, zaskoczeni raczej, że odbiorca im wylewnie nie podziękował za doskonałe wskazówki. I nie ma dziedziny, której by się nie podjęli, bo doradzą zarówno w sprawach fryzury, jak i leczenia po zawale serca. Są świetnymi specjalistami od wychowywania dzieci, lotów w kosmos, prowadzenia biznesu, polityki wewnętrznej Laosu. Ale irytujące w nich jest właśnie to, że doradzają nieproszeni.

Bo do rad jako takich nie jesteśmy źle nastawieni. Często przecież zwracamy się o poradę do bliskich albo specjalistów w danej dziedzinie, i to jest kluczowa różnica – podpowiedzi udzielonej za naszą zgodą, na wyraźne życzenie, nie weźmiemy za wtrącanie się w cudze sprawy. A nieproszone „dobre rady” przeważnie tym są – naruszaniem granic osobistych.

Zwłaszcza kiedy dotyczą spraw szczególnie dla nas ważnych, czy takich, odnośnie których mamy kompleksy.

Oczywiście zdarzają się pewne wyjątki, i w niektórych sytuacjach warto zainterweniować, że „chyba trochę za często pijesz” albo „na tej drodze lepiej zwolnij”, bo w bliskich relacjach nie chodzi wyłącznie o to, by zawsze klepać się po pleckach. Ale i wtedy to nie powinno być przemądrzałe pouczanie tylko taktowna rozmowa, podczas której zwrócimy uwagę na problem – bo mentorski ton prędzej wywoła opór niż skłoni do refleksji.

Wiem lepiej

Nieproszona rada budzi frustrację i złość, ponieważ brzmi jak krytyka. Jasne, czasem druga strona naprawdę nie ma złych intencji, tylko okazuje troskę, próbuje zagaić rozmowę, szczerze współczuje, częściej jednak to po prostu chęć zamanifestowania własnej mądrości. Odwołanie się do hierarchii, w której doradca plasuje się na pozycji autorytetu, a więc kogoś stojącego wyżej. Dlatego nawet niewinnie brzmiące zdanie w rodzaju „powinnaś zapuścić włosy” wkurza, bo jakim prawem ktoś twierdzi, że mam postąpić inaczej niż sama zdecydowałam?

Doradzającej osobie zwykle wcale nie chodzi o czyjeś dobro, tylko o własną dominację. Są przekonani o swojej słuszności, mają się za „nauczycieli życia” i to wręcz ich powołanie – uświadamiać resztę. Jedni robią to sporadycznie, drudzy nagminnie, ale w obu przypadkach rzadko kiedy celem jest autentyczne wsparcie, bo gdyby tak było, to faktycznie by się drugim człowiekiem zainteresowali. Tymczasem ich rady często wyskakują znienacka, a kiedy
przychodzi do konkretów, to wcale nie zamierzają pomóc. Po prostu powiedzieli swoje, bo bardzo chcieli kogoś osądzić oraz pokazać, że oni wiedzą lepiej i należy się ich zdaniu podporządkować.

W relacjach o większym stopniu zażyłości „dobre rady” powoli ocierają się o przemoc, bo tak jak obcej osobie jednak łatwiej odpyskować, to z bliskim człowiekiem na ogół nie chcemy eskalować konfliktu. Doskonale to widać, kiedy rodzi się dziecko – młodą mamę całe otoczenie zasypuje mnóstwem porad. I kiedy wzajemne stosunki mają w sobie coś niezdrowego, odrzucenie rad dawanych „w dobrej wierze” może się skończyć tym, że w trudnej chwili, prosząc o pomoc, usłyszy się „a co, nagle jestem potrzebna?”.

Dlatego fałszywa troska to skuteczne narzędzie manipulacji i zwykły szantaż emocjonalny – dobrze ci radzę, lepiej się mnie posłuchaj. Jest przekonanie, że własna wizja świata jest tą jedyną słuszną i dobrą, a w udzielanych radach chodzi głównie o przymuszenie do zmiany poglądów. Wiadomo, raczej rzadko ktoś będzie dosłownie egzekwował swoje rady, niemniej już po chwili widać, co faktycznie skłoniło do wtrącania się w cudze życie – no tak, ona jest głupia, więc nic dziwnego, że się mnie nie posłuchała.

Dlaczego nieproszone rady tak irytują?

„Dobre rady” nie mają wiele wspólnego z empatią. Nie ma w nich chęci zrozumienia drugiej strony, poszanowania granic, wiary w czyjś rozsądek. Zamiast tego jest usilna próba przekonania do własnych racji, a potem udawany żal, że doświadczysz czegoś złego albo coś wspaniałego cię ominie, bo uparcie odmawiasz rad mądrzejszych. Bo empatyczny człowiek najpierw spyta „w czym mogę ci pomóc?” i nie będzie brnął dalej kiedy usłyszy „nie, dziękuję”. Zaś ktoś, kto niepytany się wtrąca, i jeszcze używa w tym celu wyższościowego tonu, najpewniej ostatnie, co ma na myśli, to dobro tej drugiej osoby.

Słuchając nieproszonych rad często czujemy się nieswojo, bo oto właśnie ktoś podważył nasze kompetencje, zakwestionował życiowe wybory, przyczepił się do wyglądu. Przy niższym poczuciu własnej wartości szybko można się nakręcić i nabrać wątpliwości, czy aby na pewno robię dobrze? Do tego milczenie zamiast asertywnej odpowiedzi na niechcianą poradę potrafi dręczyć godzinami, że czemu się nie postawiłam i co to w ogóle za zwyczaje, że obca baba ma czelność mnie pouczać.

Złość jak najbardziej słuszna, ponieważ ktoś przekonany, że wie lepiej, okazuje w ten sposób brak szacunku i narzuca swój światopogląd. Jest intruzem, który, co gorsza, nawet nie widzi niczego niestosownego we własnym zachowaniu. Może i nie miał aż tak złych zamiarów, ale
jasno zasugerował naszą głupotę oraz bezradność. Nie liczy się z naszym zdaniem. Uważa się za kogoś, kto ma prawo mówić, co powinniśmy robić, a to powoduje poczucie utraty kontroli nad własnym życiem.

Żeby było zabawniej, na końcu często i tak się okazuje, że dobre rady wcale nie były tak dobre, również te wygłaszane szczerze, bez złośliwych podtekstów – bo druga osoba nigdy nie wie wszystkiego, nie zna całego kontekstu, ma odmienne doświadczenia, bywa uprzedzona albo po prostu przecenia własną wiedzę i umiejętności. Nie mówiąc już o tym, ile razy w tej samej sprawie słyszało się dziesiątki porad i każda nowa przeczyła poprzedniej. Przede wszystkim zaś dużo o prawdziwych intencjach powie reakcja na odmowę – chcesz dobrze czy chcesz po prostu postawić na swoim?

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>