Główne menu

Dlaczego nie chodzimy do lekarza?

Największe wartości w życiu człowieka? Zdrowie ma tutaj niewielką konkurencję, jest ważne dla każdego człowieka i mało czego boimy się tak, jak ciężkiej, bolesnej choroby. A zatem, tak na logikę, o zdrowie powinno się dbać ze szczególną starannością, aby dożyć w doskonałej kondycji do setki albo i dłużej.

Fakty są jednak takie, że na co dzień o zdrowiu tak jakoś niechętnie się pamięta. Ciężko się przemóc do zdrowego jedzenia, jeszcze ciężej się zmusić do aktywności fizycznej, a już do regularnych badań to chyba najciężej ze wszystkiego. Lekarz to może nie wróg, ale też nie sojusznik. Raczej konieczność, której za wszelką cenę chciałoby się uniknąć.

Lekarz nie zając…

Nie lubimy chodzić do lekarza. Z danych statystycznych wynika, że większość Polaków trafia do lekarskiego gabinetu dopiero wtedy, gdy dzieje się naprawdę źle, bólu nie da się zagłuszyć zwykłymi tabletkami, dolegliwości poważnie utrudniają normalne funkcjonowanie. Regularne badania okresowe robi tylko co trzeci Polak, w tym spora ich część głównie dlatego, że pracodawca wymaga. Blisko jedna dziesiąta do lekarza nie chodzi w ogóle.

Na tle Europy wyglądamy pod tym względem bardzo miernie – rzadziej do lekarza chodzą tylko Grecy, Rumuni i Bułgarzy. Kiepsko wyglądają także statystyki dotyczące wizyt u dentysty – w ciągu jednego roku aż dwie trzecie Polaków nie odwiedziło stomatologa. Co to oznacza w praktyce? Między innymi to, że umieralność z powodu nowotworów złośliwych jest znacznie wyższa niż w innych krajach rozwiniętych.

Nie kusić losu

Kampanii promujących profilaktykę zdrowotną przybywa, jednak wciąż dla wielu osób robienie nawet tych najbardziej podstawowych badań jest czynnością kompletnie zbędną. Jak choroba zetnie z nóg, to tak, można się badać. Ale wcześniej? A po co? Jeszcze się wywoła wilka z lasu.

Jest bowiem wciąż takie przekonanie, że lepiej nie wiedzieć, co człowiekowi dolega. Nie wie, to i spokojniejszy, a jak pójdzie do lekarza i ten coś wynajdzie, wtedy się zacznie, od jednego pieprzyka skończy się na chemii i wycinaniu płatów skóry. Niemówienie o chorobie jest jak zaklinanie przyszłości – dopóki na głos nie wypowie się diagnozy, choroba pozostanie w ukryciu, jak gdyby uaktywniała się ona dopiero pod wpływem głosowego komunikatu.

Niektórzy tak panicznie boją się wizyty u lekarza, że przybiera to postać fobii, a konkretniej – jatrofobii. Zazwyczaj najbardziej boimy się diagnozy, czy też „wyroku”, bo tak słowa lekarza są często odbierane. Jest też ogromny wstyd, że lekarz zobaczy nasze brzydkie i grube ciało, że badania, które zrobi, są bardzo krępujące, że trzeba odpowiedzieć na intymne pytania. No i obawa, że lekarz nieprzychylnie oceni nasz styl życia, żądając na dokładkę rezygnacji z największych przyjemności.

Strach przed rakiem

Szczególnym rodzajem strachu jest lęk przed wykryciem raka. To choroba, która wyjątkowo mocno przemawia do wyobraźni, boi się jej chyba każdy, więc lepiej unikać sytuacji, w których mogłoby dojść do konfrontacji z tak niewygodną prawdą. I to jest najbardziej tragiczne, ponieważ nowotwór to nigdy nie jest przyjemne doświadczenie, jednak wcześnie wykryty może zostać całkowicie wyleczony, podczas gdy rak w zaawansowanym stadium to często niewyobrażalne cierpienie zakończone przedwczesną śmiercią.

Cierpienie, którego można by było uniknąć, odwiedzając lekarza częściej niż raz na sto lat, nie z przymusu albo dlatego, że dopiero krew w moczu zmusiła do zastanowienia się nad stanem swojego zdrowia. W Polsce zachorowalność na nowotwory nie jest bardzo wysoka, ale problemem jest właśnie to, że większość pacjentów zgłasza się do lekarza zbyt późno, gdy zmiany wymagają już mocno inwazyjnego leczenia, chemii, radioterapii.

Wcześniej nie widzi się potrzeby, bo skoro jestem zdrowa, to po co robić jakieś badania? Co gorsza, czasem umyślnie ignoruje się wychwycone objawy, jak niewielki guzek na piersi czy niepokojące owrzodzenia na skórze, żeby nie otwierać puszki Pandory – kto wie, może samo przejdzie, może to nic groźnego. Człowiek po prostu się łudzi, że nie idąc do lekarza, oszczędza sobie cierpienia, odwleka je w czasie, i może po drodze wydarzy się jakiś cud i do najgorszego nie dojdzie.

A zwykle dochodzi, bo samoistnie to może minąć jakaś niegroźna infekcja, a nie poważne schorzenie zagrażające życiu. Unikając kontrolnych badań, ryzykuje się tym, że nagle dojdzie do jakiegoś tragicznego wydarzenia – wiele chorób daje objawy, które naprawdę łatwo przeoczyć.

Zapobiegać lepiej niż leczyć

Niechęć do lekarzy i badań kontrolnych ściśle wiąże się z niską świadomością na temat profilaktyki zdrowotnej. Owszem, o zdrowiu mówi i pisze się wiele, jednak wciąż mnóstwo ludzi nie dostrzega związku pomiędzy określonym stylem życia a rozwojem różnych chorób. Bądź uważa, że te związki to bzdury.

Profilaktyka jest zaniedbywana, także ze strony państwowych instytucji. Jest za mało edukacji, do tego niektóre dolegliwości, jak rak szyjki macicy, to tematy tabu, otoczone rozlicznymi mitami, jak ten, że wystarczy się dobrze prowadzić, by nigdy na raka nie zachorować. Nie mówi się ludziom, po co to ta cała profilaktyka, dlaczego bardziej opłaca się zapobiegać i że to dotyczy każdego, bo „dobre geny” nie są wystarczającą ochroną.

Brakuje konkretnych informacji, obsługa w placówkach medycznych bywa niekiedy bardzo nieprzyjemna, nie udziela się żadnych wskazówek, ludzie zostawiani są sami sobie i nawet nie wiedzą, czym konkretnie powinni się zainteresować. Kobiety często skarżą się na okropne zachowanie ginekologów, którzy pozwalają sobie na niestosowne uwagi, a badania prowadzone są w upokarzającej atmosferze. W małych miejscowościach lekarzy specjalistów zazwyczaj nie ma lub bardzo trudno się do nich dostać, na prywatne wizyty nie wszystkich stać, tam zresztą też nie wszystko da się wyleczyć.

W przypadku specjalistów, pacjentów często złości to, że lekarz im niczego nie wyjaśnia, jedynie wydaje polecenia, albo tłumaczy chorobę fachowym językiem, którego ktoś spoza medycznego świata zwyczajnie nie rozumie. Po doświadczeniu tak przedmiotowego traktowania nic dziwnego, że na kolejną wizytę u lekarza nie ma się najmniejszej ochoty.

To nic takiego

Nie można jednak wszystkiego zwalić na niekompetentnych lekarzy, bo i pacjenci mają swoje za uszami. Moda na bycie fit robi swoje, ale czasem, paradoksalnie, zachęca do ignorowania zdobyczy współczesnej medycyny. Jem sałatę, ćwiczę z Ewą, niby po co mi jeszcze lekarz? Robię to właśnie po to, by do lekarza nie trzeba było chodzić.

Drobne dolegliwości się ignoruje, zrzucając je na karb zmęczenia oraz stresu. Nie ma się nawyku oglądania uważnie swojego ciała, śledzenia jego reakcji, dlatego nawet gdy już pójdziemy do lekarza, to w wielu przypadkach nie umiemy odpowiedzieć na proste pytania dotyczące zdrowia.

Bardzo dużo wiary pokłada się też w reklamowanych lekach i suplementach diety, a te obiecują poprawę w każdym aspekcie życia. Do tego ludzie wolą truć się tabletkami przeciwbólowymi zamiast sprawdzić, dlaczego tak często muszą po nie sięgać.

Gdy chodzi o dzieci, to jest zwykle inaczej, o pociechy rodzice dbają, żeby poszły na czas do lekarza, nie szczędzą pieniędzy na leczenie. Ale dorosły ma w sobie skłonność do bagatelizowania kwestii zdrowotnych, w myśl zasady, że zdrowie zaczyna się cenić wtedy, gdy się je traci.

Powszechną wymówką jest brak czasu, u mężczyzn dochodzi jeszcze przekonanie o własnej niezniszczalności – statystycznie, panowie do lekarza chodzą rzadziej niż kobiety, niektórzy uważają wręcz, że to niemęskie, przyznawać się do niemocy i prosić o pomoc, dlatego czasem musi dojść do groźnego urazu, by mężczyzna w ogóle dał się przebadać.

A bo to mało razy lekarze się pomylili…

W medycynę trochę też się nie wierzy. Lekarze są autorytetami, to co mówią uważa się za wiarygodne, ale… Dla bardzo wielu osób kluczowe w temacie zdrowia są słowa rodziny, coraz powszechniejsze jest stawianie sobie samodzielnie diagnoz na podstawie artykułów znalezionych w sieci. Często dużo bardziej dociera jednostkowy, anegdotyczny przykład (a sąsiadka poszła na operację i zmarła, druga nie i ciągle żyje), niż oficjalne, medyczne dane – bo kto wie, a może one zafałszowane, żeby kasę z biednych ludzi ściągać.

Więc wiele osób próbuje się leczyć na własną rękę albo szuka pomocy w alternatywnych źródłach. Trochę wynika to z tego, że gdy ludzie trafiają do lekarza w beznadziejnym stanie, to lekarz może tylko rozłożyć ręce i ulżyć w cierpieniu, a jeśli podejmowane jest leczenie, to siłą rzeczy jest ono obarczone większym ryzykiem niż proste działania profilaktyczne. A że i wśród specjalistów zdarzają się konowały, to i nie brak wypadków, gdy komuś postawiono złą diagnozę albo podczas operacji doszło do poważnego błędu – dramatyczne przypadki są zawsze głośniejsze i szybciej zapadają w pamięć, co utrwala przekonanie, że od szpitali i medyków warto trzymać się z daleka.

Z drugiej strony, anegdotyczne przykłady dają usprawiedliwienie dla własnych zaniedbań – dziadek jadł tylko golonkę i gardził warzywami, a dożył prawie setki, matka paliła jak smok i żadnego raka nigdy nie miała. Nie ma co panikować, jakoś to będzie, lekarze uwielbiają doszukiwać się dziury w całym i straszyć.

Kolejna rzecz, która utrwala stereotyp o nieskuteczności medycyny i nieudacznikach lekarzach-wyłudzaczach, to sami pacjenci i ich zachowanie. Polacy są wyjątkowo nieposłusznymi pacjentami – porzucają leczenie, bo coś usłyszeli od sąsiadki, ignorują zalecenia dotyczące na przykład niepalenia papierosów czy zrzucenia nadwagi, nie wykupują leków bo preferują „naturalne metody” albo nie chcą zrezygnować z picia alkoholu, nie postępują podczas chorób przewlekłych zgodnie z wytycznymi lekarza prowadzącego. Jak wynika z badań opublikowanych przez Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego-Państwowy Zakład Higieny, nawet połowa pacjentów nie stosuje się do zaleceń swojego lekarza, co, jak nietrudno się domyślić, ma swoje smutne konsekwencje.

Leczenie nie jest za darmo

Lekceważenie wytycznych lekarza, brak wiedzy, irracjonalny strach czy wiara, że chorobę można zakląć, nie mówiąc o niej, to istotne czynniki wpływające na to, dlaczego ludzie, tak ogólnie, rzadko kierują swoje kroki do gabinetów lekarskich. Ale nie jedyne. Bardzo często to po prostu brutalna rzeczywistość – wielu ludzi nie stać na chorowanie. Nie mogą sobie na to pozwolić.

Wizyta u lekarza, leczenie, rehabilitacja, konieczność pozostania w domu – to zabiera czas. Czas, który normalnie spędziłoby się w pracy, i to niekoniecznie na zarabianiu pieniędzy na modne gadżety, ale żeby po prostu rodzina mogła przetrwać. Bo co jeśli wyjdzie, że choroba wymaga kilkumiesięcznego leczenia? Co jeśli wyślą na operację? Co jeśli leki kosztują majątek? Oczywiście, szybka reakcja znacząco może skrócić czas kuracji oraz jej koszty, więc rozsądniej iść do lekarza od razu. Ale gdy ktoś ma ciężką sytuację tu i teraz, to średnio go obchodzi, jak będzie za dziesięć lat. Strasznie jest już dzisiaj. To krótkowzroczność, jednak nie ma się dziwić ludziom, którzy boją się tak, że wolą poświęcić własne zdrowie.

Bo w przytoczonych wcześniej danych jest widoczna pewna zależność. Niemcy, Duńczycy czy Belgowie do lekarza chodzą regularnie i dużo szybciej niż my podejmują leczenie, jednak nie stoi za tym większa inteligencja, a jedynie brak tego strachu – dla nich zwolnienie chorobowe nie oznacza utraty sporej części pensji czy utraty pracy w ogóle, a mając taki komfort, łatwiej na poważnie zatroszczyć się o własne zdrowie.

    9 komentarzy

  • Iwona

    Po wyjściu od lekarza jestem jeszcze bardziej chora

  • Aga

    Czemu? Bo są terminy dlugie. Ciezko sie dostać a jak chcesz na juz to tylko pruwantnie. A. Lekarze tez są jacy są. Nie każdy sie zna na rzeczy niestety i wkładają wszytskich do jednego wora. Są zmęczeni, przepracowani i niemili (nie wszyscy oczywscie)

  • Andżelika

    Najpierw to trzeba się dodzwonić do tego lekarza ale panie z rejestracji które tam pracują tak jakoś przez omyłkę z ranca słuchawkę odkładają na bok i szybciej Św. Piotr by odebrał niż one.A na wizyty prywatne nie każdego stać

  • Edyta

    Bo żaden z nory się nie wynurzył?!wszystkich odmroził tylko o lekarzach zapomnieli,oby tak nie zostało bo bd jak dinozaury

  • Marta

    Bo jak lekarze nie widzą nic, to nieraz mają pretensje, że się przychodzi….a przeciez profilaktyka jest kluczową sprawą, bo jak już bardzo boli, to może być za późno….oj czas jest bardzo ważny, tylko jak już są jakies niepokojące symptomy, to często jest za późno

  • Paulina

    I tu się nasuwa pytanie… Skąd te kolejki i odległe terminy wizyt skoro tak niewielu chodzi do lekarzy

  • Dominika

    No teraz to chyba wiadomo…Bo nie pracują normalni lekarze…Tylko za kase❗wszyscy specjaliści mogą pracować…A interna i pediatria…przez telefon

  • oooironiooo

    Ja też nie lubię chodzić do lekarza. Idę jak muszę tak na prawdę.

  • puch ze słów

    Jest taka książka „zanim pójdziesz do lekarza” polecam… Pozdrawiam 🙂

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>