Główne menu

Guilty pleasure, czyli po co robimy rzeczy, których się wstydzimy?

Oglądany po raz tysięczny „Dirty dancing”, coroczne wyczekiwanie na Eurowizję, ekscytowanie się losami rodziny Forresterów, przeglądanie Pudelka w trakcie picia porannej kawy, śpiewanie do dezodorantu, zaczytywanie się w tanich romansidłach… Tak, lista rzeczy określanych mianem „guilty pleasures” jest wyjątkowo długa.

Nie są to rzeczy złe, są jedynie żenujące. Tak dla śmiechu i szydery to jasne, wolno obejrzeć brazylijską telenowelę, ale przyznać się, że losy Marii Eduardy i Carlosa są naprawdę bliskie sercu, to jednak troszkę siara. Po prostu nie z wszystkiego wypada czerpać niekłamaną przyjemność, problem w tym, że zakazane są nie tylko uczynki niemoralne, ale i niewinne słabostki, które nikomu większej krzywdy nie czynią. Dlaczego więc nie wolno się nimi cieszyć?

Żeby nikt się nie dowiedział

Brytyjczycy wyliczyli, że 9 na 10 dorosłych ma jakąś swoją „guilty pleasure”, której oddają się przynajmniej raz w tygodniu. To taki sekrecik dotyczący czegoś, co robi się bardzo chętnie, ale tylko za zamkniętymi drzwiami, gdy nikt nie widzi. Wstyd po prostu przyznać się do owych słabostek, choć nie są to czyny karalne i obrzydliwe, raczej chodzi o to, że zamiast irańskiego dramatu woli się obejrzeć film Patryka Vegi, i to nie dla jaj, ale właśnie dlatego, że naprawdę się taką twórczość lubi. Tylko jakoś… no głupio się do podobnych preferencji przyznać, bo przecież filmy Vegi uchodzą za paździerz. Więc ogląda się je po kryjomu, a w towarzystwie tylko potakuje, gdy ktoś mówi, że to szmira dla prymitywów w dresach. Tak, tak, nikt normalny nie przyzna, że to świetne kino.

I tak jest z bardzo wieloma rzeczami. Kto powie, że lubi wieczorkiem poczytać tabloidowe historie o tym, jak żona zabiła męża kiełbasą? Albo że z wypiekami śledzi, kto odpadł z „Azja express”? Ile osób otwarcie przyzna, że dostęp do nagrań Berlińskich Filharmoników wykupiło się głównie dla szpanu, a w wolnych chwilach najchętniej zapuszcza się sobie „Hit me baby one more time”? I że zamiast wyszukanych trunków woli się swojskie winko za 9,99 zł, a od potrawy z topinamburu bardziej smakuje swojski schabowy?

Pod „guilty pleasure” da się podciągnąć wszystko, ponieważ grzeszne słabostki to nie są jakieś konkretne czynności bądź upodobania, ale cokolwiek, co z chęcią się robi, jednak odczuwa się z tego powodu wyrzuty sumienia – to może być nawet picie soku prosto z kartonu albo jedzenie w łóżku, jeśli tylko ktoś uważa, że to nie przystoi dorosłemu, kulturalnemu człowiekowi.

Dobrze wypaść w cudzych oczach

Własne przyjemności są ‘guilty’, bo przez nie wychodzi się na lenia, człowieka bez ambicji i wyrobionego gustu. Po prostu czuć, że tego nie powinno się lubić. Tylko dlaczego? Tak na dobrą sprawę, guilty pleasures w większości przypadków nie są niczym haniebnym. Może i nie jest to rozrywka najwyższych lotów, ale wbrew pozorom niesie ona za sobą pewną wartość, a mianowicie dobre samopoczucie – to zawsze są rzeczy, które naprawdę cieszą.

A jak coś, co poprawia humor, może być złe? Guilty pleasure to bezpieczna odskocznia, odpręża, pomaga uwolnić się od stresu, zaspokaja zmysły czymś kiepskim, ale na swój sposób fajnym. My zaś psujemy sobie tę przyjemność wyrzutami sumienia, bo jak to o nas świadczy, że świetnie się bawimy na „Dynastii” czy podczas lektury „Życia na gorąco”?

Za ten dyskomfort odpowiada zwykle przekonanie, że te zabawy to nie dla mnie, to rozrywka zbyt odmóżdżająca, kiczowata, w sam raz dla buraczków-półgłówków, ale nie dla ludzi mających aspiracje. Guilty pleasure nie przystoi osobie celującej wyżej. I jedyną pociechą jest to, że mimo autentycznego wzruszenia podczas seansu „Zmierzchu”, wstydzimy się swojego upadku, jesteśmy zatem moralnie wyżej od tych, którzy oglądają ten film bez najmniejszego poczucia żenady. Plus zyskujemy w oczach arbitrów elegancji, a to już coś, o co warto się starać.

A może to jest pułapka?

No dobrze, ale czy nie powinno się jednak mieć w życiu jakichś ambicji, mierzyć wyżej, starać się, pracować nad własnym charakterem? Pobłażanie sobie to raczej ciągnie w dół, a nie do góry, co można osiągnąć przy zerowej dyscyplinie i ciągłym usprawiedliwianiu ludzkiej niedoskonałości? To wstyd słuszny, gdy ktoś zamiast zająć się nauką albo pożyteczną pracą marnotrawi czas na nędznych rozrywkach, zjada na raz cały słoik Nutelli, i to palcem, a nie łyżeczką, zamiast sprzątać siedzi drugą godzinę przy filmikach z kotkami, i tak dalej. Co za degrengolada.

Rzecz w tym, że „guilty pleasures” to coś innego niż totalne odpuszczanie sobie we wszystkim. Kilka wieczorów z idiotycznym talk show mózgu nie spustoszy, niebezpiecznie robi się dopiero wtedy, gdy całe życie składa się z próżniactwa i zaniedbań, a to wcale nie jest aż tak powszechne jak mogłoby się wydawać. Drobne grzeszki są przeważnie tylko dodatkiem do normalnego życia i poruszają sumienie właśnie dlatego, że trochę się gryzą z resztą, nie pasują do niej. Ot, taka słodko-grzeszna chwila wytchnienia.

A że marnują czas? To też nie do końca prawda, bo relaks jest naprawdę potrzebny dla zdrowia, a grzeszne przerywniki nierzadko są bardzo motywujące – jak się zaspokoi swoją zachciankę, to z większym zapałem wraca się do obowiązków. W końcu ile można oglądać, jak obcy ludzie jedzą żywe robaki i kłócą się w kółko o to samo?

Rada zatwierdzająca dobry gust

Warto się zresztą zastanowić, czy wstyd wynika z własnych przekonań, czy może decydująca jest opinia otoczenia. Bo skąd wiadomo, że jakiś serial to szajs, a ta piosenka skierowana jest do niedojrzałej gimbazy? Ok, Słowacki wielkim poetą był, ale co z resztą, jest jakaś lista dobrych i złych pisarzy, piosenkarzy, filmów, programów telewizyjnych? I według jakich kryteriów wystawia się oceny? Może to po prostu sztucznie wytworzone poczucie wyższości, że kto myśli inaczej niż ja, ten jest baranem pozbawionym dobrego smaku?

Z tej perspektywy guilty pleasures mogą wskazywać „niewłaściwych” ludzi, których lepiej trzymać na dystans, bo w danej grupie akceptowalne są zupełnie inne zainteresowania. Tak bowiem jesteśmy socjalizowani – dojrzały człowiek ma być odpowiedzialny, poważny i wyrafinowany, co w pewnych kręgach oznacza kompletny brak luzu i pogardę dla sitcomów, zakupów w galeriach handlowych, gry w kulki i tańczenia do muzyki disco.

I wiele osób nagina się do tych reguł, ukrywając swoje nieprawilne upodobania, byle tylko udowodnić otoczeniu, że są kimś na poziomie. Ze zwykłych rzeczy robi się wielkie halo, jak gdyby zaśmiewanie się do rozpuku na polskich kabaretach było nielegalne i zasługiwało na publiczną chłostę. Publicznie słucha się wyłącznie ambitnej muzyki, ogląda filmy nagrodzone na festiwalach, czyta książki rekomendowane przez krytyków, gotuje posiłki z egzotycznych warzyw. A to, co budzi wątpliwości, pomija się milczeniem, no chyba że otoczenie wyda jednak zgodę i zdejmie klątwę z wyśmiewanego do niedawna zajęcia.

Przyznaj, że to lubisz

To dość dziwna koncepcja, że jakaś zewnętrzna instytucja ocenia cudze gusta i wytyka palcem tych, którzy nie trzymają narzuconych standardów. Oczywiście, że są mniej i bardziej wyrobieni odbiorcy kultury, ale to nie powinno dawać prawa do upokarzania ludzi, którym pewne treści zwyczajnie nie podchodzą. Szczególnie, że nie bierze się pod uwagę całego kontekstu – ktoś może być miłośnikiem i znawcą poezji, lecz w wolnych chwilach lubi się zanurzyć w kiepskich powieściach fantasy, bo czytanie o morderczych smokach po prostu go uspokaja. A nawet jeśli lubi tylko te historie ze smokami, to jeszcze niczego nie przesądza.

Złe jest to, że wielokrotnie czujemy się zmuszeni do okłamywania siebie i ludzi dookoła, i to w sprawach wyjątkowo błahych. Na sto procent cieszymy się z czegoś wtedy, gdy inni to zaakceptują. Wstydzimy się swoich przyjemności, bo boimy się odrzucenia, co nawet można zrozumieć, ale z drugiej strony, czy to ukrywanie części swojego ‘ja’ też czegoś nie zabiera?

Jakąż radość daje przebywanie w środowisku, które bacznie obserwuje każdy ruch i stygmatyzuje wszystko, co w jego mniemaniu jest dobre tylko dla prostaczków? Jak to wpływa na samoocenę? Ile warte są więzy z ludźmi, którzy potrafią jedynie oceniać i narzucać wymyślony przez siebie styl życia?

I tak jesteś fajna

Dziwne hobby nie powinno kogoś skreślać. Ani wbijać w poczucie winy. Kogoś razi, że słucham śpiewających wiewiórek? Cóż, to jego problem. Jestem płytka, bo przeglądam modę na Instagramie? To raczej wiele mówi o oceniającym, który na podstawie jednej cechy wydaje taką opinię. Nie mam gustu, bo oglądam tureckie seriale? No i dobrze, nic nikomu do tego. Muszę się ukrywać ze swoją miłością do bollywoodzkich produkcji? Może to czas najwyższy na zmianę kręgu znajomych.

Bo ciągłe kłamanie, że nie lubi się tego, co się lubi jest zwyczajnie męczące, nie mówiąc już o tym, że odbiera szansę na nawiązanie prawdziwie wartościowych znajomości. Czy nie lepiej spędzać czas z kimś, kto nie tylko akceptuje nasze osobliwe upodobania, ale wręcz je podziela? Jaka koleżanka jest lepsza – taka, przed którą trzeba wiecznie coś udawać, czy taka, z którą da się porozmawiać na poważne tematy, ale i poplotkować o żonach Hollywood?

Guilty pleasures są cenne, bo pokazują, kim naprawdę jesteśmy, co czujemy, co myślimy, co nas wzrusza, co śmieszy, a co przeraża. Trochę „mówią jak jest”, obnażają te najgłębsze i najprostsze emocje, których nie warto w sobie tłumić, choć wydają się one niekiedy zbyt ckliwe, płaskie, dobre dla dzieci, a nie kogoś intelektualnie wyrobionego. Są bardziej szczere niż wykalkulowany zachwyt nad czymś oficjalnie lepszym. I wcale nie muszą się kłócić z rzeczami wartościowymi, bo nigdzie nie jest powiedziane, że ktoś tupiący nóżką do „ona tańczy dla mnie” nie zrozumie klasycznej opery i jest niegodny uznania za swoje inne zalety.

    Komentarz ( 1 )

  • KRiszO

    Szczęście że tak nie mam. W poważaniu mam zdanie innych. Ja się nie wtrącam w życie nikogo i nikt nie ma prawa mi włazić z butami w życie. No, nie tyczy żony i naszych dzieci. Każdy ma swój przepis na życie. Do puki dobrze się czuję z tym co robię i nie muszę sobie nic udowadniać, a tym bardziej przed znajomymi, to uważam że to właśnie ja jestem ponad resztą.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>