Główne menu

Kobiecy sport – zbędna fanaberia?

Kiedy dwa lata temu Marion Bartoli wygrała Wimbledon, aż huczało od komentarzy, jaka to ona niewyględna, niska, gruba, jakaś taka „nietenisowa”. Wręcz nie zasługuje swoją anty-urodą na tak prestiżowe trofeum w tak eleganckim turnieju. Co innego, gdyby to była Maria Szarapowa i jej kosmiczne nogi, wtedy to by jakoś do siebie pasowało.

Marion Bartoli

Marion Bartoli

I ok, sportsmenki to często bardzo ładne kobiety i pewnie nawet jest im miło, że budzą takie emocje, szkoda tylko, że o ich sportowych osiągnięciach na owych zawodach pisze się jakby z mniejszym zapałem. To razi tym bardziej, że ze świecą szukać podobnych tekstów o sportowcach – raczej nie przeczytamy, że coś tam wygrał przystojny biathlonista bądź seksowny pływak, nie znajdziemy też rankingów na najatrakcyjniejszego bramkarza mundialu.

Oczywiście, to nie tak, że o urodzie sportowców nie pisze się w ogóle, nie jest to jednak przekaz dominujący, poza tym nie robią tego „poważne” sportowe portale, tylko jakieś babskie strony, gdzie wiadomo, nikt nie interesuje się sportem na serio, tylko ekscytuje się gołymi klatami. Problem właśnie w tych proporcjachpodziwianie sportsmenek to nic zdrożnego, razi jedynie ignorowanie ich osiągnięć zawodowych. O zawodnikach płci męskiej nie pisze się w kontekście wyglądu, podstawą są wyniki. U kobiet jest dokładnie na odwrót.

Są lepsze, tylko co z tego?

Dyskwalifikacją dla kobiecego sportu są nie tylko gorsze rezultaty. Na pogardę zasługują też sporty zwyczajowo uznawane za babskie.

W gimnastyce artystycznej i sportowej kobiety są lepsze, czy też może – ich wyczyny są bardziej efektowne. Gimnastyczki poruszają się z wielką gracją, są niewiarygodnie rozciągnięte i giętkie, ale bądźmy poważni, to nie jest prawdziwy sport. Nikogo nie obchodzi, że taka gimnastyczka ma nierzadko bardziej wymagający trening niż powszechnie uwielbiani piłkarze. To tylko machanie wstążką i skakanie po jakiejś belce, nie porównujmy tego do biegania za skórzanym workiem czy okładania się pięściami w klatce. I co z tego, że owa gimnastyczka wykona szpagat z niebywałą lekkością i wygnie ciało w sposób dla faceta nieosiągalny – nic to, on za to utrzyma się na kółkach, to dopiero jest wyczyn.

Tak samo łyżwiarki – kręcą lepsze piruety, ale za to faceci wykręcają skoki w większą liczbą obrotów, co ma oczywiście dużo większe znaczenie. Deprecjonuje się kobiece wyczyny, bo w cenie jest to, co ocieka testosteronem.

Niższe zarobki – dlaczego?

Pieniądze w kobiecym sporcie to temat rzeka. Ogólnie rzecz biorąc, sportsmenki zarabiają mniej od sportowców. Są wyjątki, jak tenisowe Wielkie Szlemy, gdzie panie dostają dokładnie tyle samo, co panowie. Zwykle jednak pula „żeńskich” nagród jest skromną namiastką wynagrodzeń dla mężczyzn. Największe rozbieżności w zarobkach widać w sportach zespołowych, zwłaszcza w piłce nożnej.

W Wielkiej Brytanii, ojczyźnie futbolu, piłkarki rodzimej Women’s Super League zarabiają średnio 20 tysięcy funtów rocznie, podczas gdy zawodnicy męskiej Premier League wyciągają więcej w jeden tydzień. Po roku grania na konto kapitana żeńskiej reprezentacji Anglii, Steph Houghton, wpływa około 65 tysięcy funtów. Kapitan Trzech Lwów, Wayne Rooney, potrzebuje zaledwie tygodnia, by zarobić 300 tysięcy (dane za The Guardian). Amerykanki, aktualne mistrzynie świata, otrzymały za swój triumf czek na dwa miliony dolarów. Rok wcześniej Niemcy, zwycięzcy męskiego mundialu, dostali aż 35 milionów. Co więcej, amerykańscy piłkarze za sam start w MŚ, bez względu na wyniki, mogli liczyć na 1,5 mln dolarów.

Tak, to prawda, męska reprezentacja generuje wyższe zyski i przyciąga bogatszych sponsorów. Nie da się jednak nie zauważyć, jak nisko oceniane są kobiece rozgrywki i jak niewiele się robi, by ten przykry trend odwrócić. Ale fakt pozostaje faktem – kobiecymi mistrzostwami świat interesuje się w mniejszym stopniu, co siłą rzeczy przekłada się na kiepskie wynagrodzenia.

Winne są też sportowe federacje, które chętnie pompują pieniądze w rozwój chłopców, dziewczynki natomiast mają dużo gorsze warunki, słabszych trenerów i skromniejszy budżet. Dorosłe zawodniczki często stają przed dylematem – pozostać wierną pasji i klepać biedę albo skupić się na bardziej dochodowych zajęciach. Ale podobne rozterki dotyczą też wielu mężczyzn, którzy zdecydowali się na niszowy sport i muszą teraz wyszarpywać każdy grosz, by przetrwać. Czyli da się, choć to bez wątpienia deprymujące, że w obrębie tej samej dyscypliny to dziewczyny mają wybitnie pod górkę.

Gwoli sprawiedliwości – w męskim sporcie też nie brakuje kontrowersji związanych z finansami. Choćby na krajowym podwórku. Polscy piłkarze zarabiają znacznie więcej od siatkarzy, a przecież ci drudzy swoimi osiągnięciami nakrywają kopaczy czapką, tak na poziomie klubowym, jak i reprezentacyjnym. Ale co z tego, skoro to piłkarze przyciągają przed telewizory większą liczbę widzów i to w piłce nożnej są po prostu większe pieniądze. Nie inaczej jest z kobietami – mniej ciekawe dla kibiców, to i mniej pożądane dla sponsorów.

Sport drugiej kategorii

Warto się zastanowić, czy nikłe zainteresowanie kobiecym sportem wynika wyłącznie z jego „gorszości”. I spojrzeć na to zagadnienie z innej strony – czy przypadkiem nie jest to w pewnym stopniu wina mediów, które kobiece wyczyny traktują po macoszemu, bez atencji, jaka towarzyszy męskim zawodom? Trochę taki dylemat jak z jajkiem i kurą. Gdyby żeńskie rozgrywki były promowane w równym stopniu co męskie, niewykluczone, że kibiców nagle by przybyło. Tymczasem media, mimo pięknych deklaracji o równouprawnieniu, niezbyt chętnie poświęcają swój czas paniom w szortach. Chyba że szorty są bardzo krótkie, a panie urodziwe, ale to tylko podkreśla, że jedyną rolą kobiecego sportu jest dostarczanie przyjemnych wrażeń estetycznych, nic ponadto.

Wokół kobiecych zawodów brakuje całej tej otoczki, jaką widzimy na męskich imprezach, co nieco obniża rangę zawodów. Liga Mistrzów to wielkie wydarzenie, ceremonia losowania, słynne stadiony, miasta pełne kibiców, pełna pompa, trąbią o tym nawet w wiadomościach. Mniej więcej w tym samym czasie odbywa się też Liga Mistrzyń. Ktoś, coś? Co najwyżej skromna wzmianka, a same rozgrywki na drugorzędnym obiekcie, żadne tam Wembley czy inne San Siro.

Młode piłkarki musiały wygrać turniej, by Polska usłyszała, że jest ktoś taki jak Ewa Pajor i jej koleżanki. Piłkarze, choć do niedawna byli zgrają totalnych nieudaczników, wystarczy, że zjedli sławetne śniadanie, by główna telewizja informacyjna uczyniła z tego news dnia. Nawet w Niemczech, gdzie kobiecy futbol traktuje się całkiem serio, nie ma takiego szału jak w przypadku męskiej kadry, ludzie nie wieszają flag na samochodach i nie rozprawiają na każdym kroku o kolejnych zwycięstwach. Angielki, mimo że osiągnęły ogromny sukces na ostatnim mundialu, mogą tylko westchnąć z zazdrością, widząc, jaką popularnością cieszą się osiągnięcia panów.

Angielskie media nie żyły kobiecym mundialem, a przecież to dziewczyny zdobyły brąz, pokonując Niemki, najlepszą, obok USA, drużynę globu. I co? Bez większego rozgłosu. Teraz wyobraźmy sobie, że tego samego dokonują Anglicy – biją Niemców i zgarniają im medal sprzed nosa. Otóż to, byłaby narodowa histeria.

Do kogo z pretensjami?

Tylko czy uprawnione jest zrzucanie całej winy na złe federacje, wredne media i paskudnych kibiców-seksistów? Jasne, można się spierać, czy rzeczywiście traktuje się obie płcie równo, nie można jednak zmuszać ludzi, by lubili coś, co się im nie podoba. Są kraje, gdzie sport kobiecy wspiera się bardzo mocno, a i tak nie przynosi to pożądanego efektu. Na przykład kobieca koszykówka w USA – mimo dużej promocji, transmisji w telewizji i tańszych biletów ludzie wolą męską ligę i już.

Warto pamiętać, że kłopoty z finansami czy nikłym medialnym zainteresowaniem nie dotykają wyłącznie dziewczyn. Jest cała masa sportów, które są ignorowane, i płeć nie ma tu żadnego znaczenia. Mężczyźni z sukcesami bywają tak samo lekceważeni. Ich medale nikogo nie obchodzą, bo mało kto interesuje się ich dyscypliną – zwykłe prawo sportowego marketingu, nie ma kibiców, nie ma kasy. Nie można też powiedzieć, że sportsmenka nie ma absolutnie szans na to, by stać się bohaterką całego narodu, by wspomnieć tylko siatkarskie „złotka”, Otylię Jędrzejczak, Justynę Kowalczyk czy Anitę Włodarczyk. Jak są prawdziwe sukcesy, ludzie to docenią.

Uczciwie trzeba przyznać, że i panie niespecjalnie walczą z gorszym traktowaniem. Wręcz przeciwnie, liczne sportsmenki chętnie podkreślają swoją kobiecość, pozują do magazynów dla panów, udzielają osobistych wywiadów, fotografują się na „ściankach”. Słowem – wykorzystują własną urodę, by przyciągnąć uwagę potencjalnych kibiców i sponsorów, a uprawiany sport jest raczej pretekstem do pokazania się, niż celem samym w sobie.

Zawodniczki nie mają żadnych skrupułów, by pokazać więcej ciała podczas występu czy wrzucić na facebooka fotkę w skąpym bikini, bo doskonale wiedzą, że nic nie sprzedaje się tak dobrze, jak seks. Z premedytacją wchodzą do „męskich” sportów, jak wyścigi samochodowe, mając świadomość, że jako rodzynki w męskim gronie przyciągną uwagę i zdobędą popularność, w czym nie przeszkodzą nawet bardzo mierne osiągnięcia. I tym samym utrwalają stereotyp, jakoby w kobiecym sporcie chodziło wyłącznie o męską uciechę.

Kolejnym problemem są kibice, a właściwie to kibicki. Faceci pasjonują się zmaganiami innych facetów, a kobiety? Czy oglądają inne dziewczyny i wspierają je w walce o medale? Nie. Kobiety w dużej części trzymają kciuki za sportowców, o sportsmenkach przypominają sobie od wielkiego dzwonu, gdy trafi się jakiś spektakularny sukces. Skoro więc my same nie interesujemy się dokonaniami przedstawicielek własnej płci, to czy można się dziwić, że męska część świata także nie dostrzega w kobiecym sporcie niczego godnego uwagi?

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>