Główne menu

Małżeństwo z obcokrajowcem – jest bardziej ryzykowne?

Odkąd żyjemy w globalnej wiosce, łączymy się w pary nie tylko z kolegami z sąsiedztwa. Coraz częściej towarzyszem życia zostaje Carlos, Ricardo czy Heinrich. Kolega z Erasmusa. Towarzysz niedoli z saksów na plantacji truskawek w Norwegii. Animator z tunezyjskiego kurortu. Ktoś z kompletnie innej bajki, jakże odmienny od tych wszystkich Krzyśków, Tomków i Czesławów. Dziś ta egzotyka jest na wyciągnięcie ręki, więc ochoczo z tej możliwości korzystamy, bo to zdrowo mieszać geny miast kisić się we własnym sosie. Tylko czy z owych mieszanek faktycznie wychodzą najsmakowitsze dania?

Ślub z mężczyzną obcego pochodzenia nie budzi może już tak wielkich emocji jak przed laty, niemniej wiele osób nie potrafi wobec takiego zjawiska przejść obojętnie. Jest ciekawość, czasami obawa i wzburzenie, oraz pytanie – czy z kimś z obcego świata da się żyć długo i szczęśliwie?

Nowa droga

To, co po drugiej stronie płotu, zawsze wydaje się atrakcyjniejsze. Jest strach przed nieznanym, ale i ogromne zaintrygowanie, pokusa, że może by tak… I nie chodzi wyłącznie o zieleńszą trawę, ale również o ludzi. Ktoś z zagranicy już na starcie ma +50 do atrakcyjności, tylko dlatego, że nie jest stąd. Przyciąga obcą mową, nieznanymi zwyczajami, odmiennym wyglądem. Oczywiście, te różnice mogą także budzić niechęć, co nie zmienia faktu, że obcy będzie przyciągał uwagę, większą niż sąsiad z naprzeciwka. I dlatego też w sennych fantazjach wielu kobiet pojawiają się obcokrajowcy, szarmanccy, uwodzicielscy, szalenie przystojni, ogniści, słowem – obietnica barwnej przygody. Z realizacją tych marzeń nie ma zresztą większych kłopotów, wystarczą wakacje gdzieś nad ciepłym morzem, więc mnóstwo kobiet ma już takie doświadczenie na koncie albo zna dziewczynę, która posmakowała miłości w zagranicznym wydaniu.

No dobrze, a co jeśli to nie przelotny romans, ale poważny związek, który kończy się sakramentalnym „tak”? Z dala od bajecznych plaż i bulwarów nad Sekwaną te drobne bariery, które dodawały pieprzyka, mogą się przemienić w gigantyczne kłody. Do głosu dochodzą sprawy o znaczeniu fundamentalnym, jak wychowanie dzieci, religia, podział domowych obowiązków, a tu nagle może się okazać, że partner ma zupełnie zaskakujące spojrzenie na sprawy damsko-męskie i nijak się to ma do uroczych zabaw z początków znajomości. No i kwestia najważniejsza – w mieszanym małżeństwie najczęściej ktoś musi porzucić całe swoje dotychczasowe życie i przenieść się tam, gdzie współmałżonek. Nie dla wszystkich to jakiś kolosalny problem, część kobiet wręcz o tym marzy, ale nie zawsze ma świadomość tego, że w nowym miejscu będzie nie tylko ukochany mąż, ale i całe jego otoczenie. A bywa, że jest ono bardzo nieprzyjazne.

Jesteś tu obca

Największe obawy? Bariera językowa jest na czele listy. Pół biedy, gdy los rzucił do Anglii albo Niemiec, gorzej, jeśli życie układamy sobie gdzieś w Serbii lub Algierii. Żona i mieszkanka danego kraju może się oczywiście nauczyć nawet najbardziej egzotycznego języka, ale dla jej rodziców zięć w dalszym ciągu będzie mówił jakimś tajemnym narzeczem, no weź mu złóż choćby głupie życzenia urodzinowe. Weź zabierz go na imprezę do swoich polskojęzycznych znajomych. Jest trudno i siłą rzeczy ten, kto nie zna języka grupy, będzie jakoś tam wykluczony.

Do tego dochodzi jeszcze cały tak zwany background. Dopiero jak się człowiek na dobre wtopi w środowisko autochtonów, zacznie rozumieć lokalne żarciki, politykę, obyczaje, co wypada, a co w danym miejscu uchodzi za totalne faux pas. Bez tej wiedzy pewnie gdzieś połowa toczonych rozmów w nowym towarzystwie wyda się cokolwiek dziwna, ciężko będzie zabrać w tej dyskusji głos, a i obawa jest, że własna opinia w tym akurat gronie spotka się z nader chłodnym przyjęciem. Jasne, w kraju też można trafić do kręgu kosmitów, ale zwykle jest szansa, że kilka ulic dalej działa jakiś klub normalsów. W innym kraju niezrozumiałe podejście do życia może prezentować każdy mieszkający w promieniu 50 kilometrów. I już jest nieciekawie. Można się wtedy łudzić, że jakoś to będzie. Pewnie tak, ale cały myk w tym, by było dobrze, a nie jakoś.

Biorę sobie ciebie, i twoją rodzinę

Ślub, czy to się komuś podoba czy nie, bierze się też z rodziną swojego wybranka, chyba że ten więzy krwi traktuje z bardzo ozięble. Jeśli nie, do świeżo uwitego gniazdka wprowadza się, rzecz jasna umownie, również mamusia, tatuś, babcia, ciotki i wujowie. Im bardziej kraj „południowy” w obejściu, tym większa szansa, że rodzina wtrącać się będzie w każdy aspekt małżeńskiego pożycia. Jak ktoś lubi wielkie greckie wesele nie tylko na ekranie, będzie wniebowzięty, jeśli jednak rodzinę ceni się wyłącznie na zdjęciach, to takie grono da porządnie w kość, zwłaszcza że nie wszędzie da się po prostu powiedzieć, iż w niedzielę to my lubimy sami kawkę na balkonie wypić, a nie z całą czeredą na piknik za miasto jechać.

małżeństwo z obcokrajowcem

Lub odwrotnie. Dziewczyna mocno zżyta ze swoją rodziną w nowym miejscu odkrywa, że dziadkowie, owszem, są, ale nie szaleją za wnukiem tak bardzo jak ci nad Wisłą i do siebie biorą go od wielkiego święta. Reszta krewnych pojawiła się na ślubie i tyle ich widziano. Generalnie ludzie wokół nie palą się do zacieśniania więzów, nie ma sąsiedzkich pogawędek, a zaproszenie kogoś na herbatkę to prawdziwe wydarzenie. Wieje chłodem i aż się tęskni momentami za tymi wścibskimi kobiecinami z bloku w Kielcach, bo przynajmniej coś ciekawego się tam działo. Dla części ta obojętność będzie jak wybawienie, ale drugiej części lodowa atmosfera po czasie wyda się koszmarem.

Historia pisana łzami

Małżeństwo z Niemcem, Szwajcarem bądź Duńczykiem większych kontrowersji nie budzi. Koleżanki ze zrozumieniem pokiwają głową, nawet pozazdroszczą trochę „ależ ci się udało!”. Koledzy powiedzą, że pewnie układ za kasę, ale co oni tam wiedzą. Też zazdroszczą. Te reakcje to jednak nic w porównaniu z niusem, że narzeczony z Bliskiego Wschodu albo gdzieś z Afryki. Nawet nie to, że ona puściła się z „ciapatym” albo „czarnuchem”, co za hańba dla białego człowieka. Rasowe uprzedzenia biorą się głównie stąd, że wiadomo, jak muzułmanin, to ty raczej nie spodziewaj się scenariusza jak u Szeherezady.

W dramatycznych relacjach kobiet, które zdecydowały się oddać swoją rękę cudzoziemcowi, nader często ów zły charakter pochodzi z kraju o korzeniach islamskich. Scenariusz zwykle ten sam. On zakochany bez pamięci, prawdziwy książę Orientu, usuwa pyłki sprzed stóp i obsypuje komplementami, aż trudno uwierzyć, że jeszcze nie eksplodował od tego szaleńczego uczucia. Po ślubie pach!, przemiana o 180 stopni, szczególnie gdy para zdecyduje się zamieszkać w kraju małżonka. Nie ma już księcia, są łzy, upokorzenia i problem, by w ogóle się z tego piekła wyrwać, bo dom zamienia się w więzienie.

Takich opowieści jak z najgorszego horroru są setki i dlatego ślub z Arabem, Turkiem albo Afrykaninem postrzegany jest co do zasady źle. Zdaniem sceptyków, pewnych rzeczy nijak przeskoczyć się nie da. Ktoś wychowany w Libii czy Mali, uczony jest od dziecka zupełnie innego podejścia do kobiet niż statystyczny Europejczyk. I owszem, nie brak przykładów na to, że piękne baśnie z każdym kolejnym rozdziałem przemieniają się w gorzką prozę najgorszego sortu. Bo religia i odmienne relacje społeczne to ogromny kłopot. Tu już nie ma szarości, tu jest czarno-biało. Wchodzisz w te ramy i godzisz się na nową pozycję istoty niższej, albo płaczesz i nikt ci nie okaże zrozumienia. Betty Mahmoody fajnie się czyta, ale podobny scenariusz ze sobą w roli głównej to kiepski plan na życie.

Sami swoi

Opowieści o małżeństwach z Arabami mrożą krew w żyłach, dlatego częsta jest opinia: obcokrajowiec? tak, ale tylko ze Starego Kontynentu. Ewentualnie z Ameryki lub Australii, a więc po prostu z tej „naszej cywilizacji”. Z Europejczykami jest przecież dużo, dużo łatwiej. To ten sam krąg kulturowy, jedna wspólnota, ba, jedna Unia. A jak jeszcze ukochany prezentuje świat zachodni, wątpliwości znikają jak ręką odjął. Jest cała rzesza Polek, które obcokrajowców cenią znacznie wyżej od rodzimych konkurentów. Ci z Zachodu uchodzą za bardziej otwartych, mniej pruderyjnych, wspierają emancypację kobiet, są nowocześniejsi. Żadnego tam honoroojczyźnianego zadęcia i buraczano-cebulowego stylu. No bo kogo możesz spotkać na własnym terenie? Świnio-maczo w błyszczącym dresie z trzema paskami. I weź takiemu bucowi gotuj zupy. A tam jest pełna kulturka i styl.

I właśnie na tym polu dochodzi do wielu rozczarowań. Mści się trochę takie myślenie życzeniowe, że jak ktoś z dalekiego świata, to od razu najwyższa półka, nie to co rodzime pastuchy bez klasy. I tak zamiast rasowego gentelmana dostaje się Europejczyka z ciężką ręką oraz jedną drogą życiową, tą prowadzącą do baru.

Nie jest też wcale tak, że małżonek z kraju europejskiego nadaje zawsze na tych samych falach. Ludzie pozornie nam bliscy często okazują się mieć zgoła inny system wartości. Co innego ich bawi, co innego ich wzrusza. Inaczej reagują na te same wydarzenia. To, co w domu było oczywiste, tutaj jawi się jak największe dziwactwo, i vice versa. Najłatwiej porozumieć się „po słowiańsku”, gdzie podobna wiara, doświadczenia z przeszłości, mentalność, zwyczaje. Mniejsze pole do konfliktów. No, chyba że zacznie się mówić o UPA albo Zaolziu. Po prostu, na własnej skórze doświadcza się starej prawdy, że co kraj, to obyczaj. Które to obyczaje, postawione tuż pod nosem, nie mają w sobie nic z pociągającej tajemniczości, raczej strasznie wkurzają. Tak strasznie, że kładą się długim cieniem na związku.

Ty mnie, ja tobie

Problemy biorą się też stąd, że międzynarodowe małżeństwa zawierane są nierzadko wyłącznie ze względów praktycznych lub zwyczajnie z wyrachowania. Jak zapytać o preferencje narodowościowe, gdyby przyszło do mieszanego związku, to większość Polek wskazuje obywateli państw zachodnich – bo wyższy standard życia, albo typowych południowców – bo prawdziwie ognisty romans.

Ale nie ma się co łudzić, że druga strona nie czyni podobnych kalkulacji. Ruud z Amsterdamu przyzna zachwycony, że szaleje za pięknymi Polkami, bo one takie wrażliwe i dobre, lecz jak podpytać o szczegóły, to nagle może się okazać, że to zamiłowanie do nadwiślańskich kobiet ma niezbyt sympatyczne podstawy – Ruud liczy, że wyrwana z dzikiego Wschodu biedna panna, zgoda, bardzo ładna, ale wciąż z dzikiego Wschodu, z wdzięczności zrobi wiele, by zrewanżować się wybawcy i zamieni się w posłuszną żonkę bez tych wszystkich roszczeń wysuwanych przez krajanki.

Stereotypy zderzają się z rzeczywistością i nie jest to miłe objawienie. Kochający równość Norweg wcale nie musi wspierać żony w jej dążeniach do kariery, może jedynie szukać spokojnej Słowianki do patroszenia dorszy. Gorący Włoch czaruje tylko na początku, potem zachowuje się jak Franek, tyle że z ciemniejszą opalenizną. A ten Belg, z kraju pralinek i diamentów, nie po to brał żonę z zagranicy, by na obiad chodzić do restauracji. Nie takie były oczekiwania.

Telewizja kłamie

Zatem co, nie warto? Lepiej ograniczać się do własnego grajdołka, bo to znane, oswojone? Oczywiście nie. Obok wyciskających łzy z oczu opowieści o maltretowanych żonach tych wrednych Arabów są historie o szczęśliwym pożyciu u boku Karima albo Samira. To bzdury – tyle mają do powiedzenia liczne żony zagranicznych mężów. Bez względu na to, skąd ich mąż pochodzi. I jeśli coś je boli, to nie rany po kijach od męża, ale pełna uprzedzeń krytyka, jak to biała twarz poleciała na „brudasa”. Jeśli zaś coś nie wyjdzie w takim międzynarodowym układzie, trudniej o zrozumienie otoczenia. Zamiast wsparcia można usłyszeć: widzisz, połasiłaś się na zagraniczne konfitury, a one gorzkie jak piołun, masz karę za to, że zdradziłaś krajową ćwikłę, dobrze ci tak.

Nieszczęścia są, pewnie, ale zwalanie tego wyłącznie na obcą kulturę jest bez sensu. No bo co, nigdy się nie zdarzyło, że Zygmunt przyłożył Kindze, bo źle golonkę przyprawiła? Poczytajcie sobie gazety regionalne i kroniki policyjne, to zobaczycie, że nie trzeba wyjeżdżać do Emiratów, żeby oglądać świat z pozycji podłogi z prawdziwym lękiem w oczach i siniakami na plecach. Żadna to różnica, liczy się bowiem człowiek. Ten konkretny. Despotyczny pan i władca może pochodzić z najbardziej liberalnego, postępowego kraju, a chłopak z bałkańskiej wioski, choć taki na pozór zacofany, będzie cię traktował jak prawdziwą królową, mimo tych wszystkich medialnych przekazów, tyle.

Nie tylko po okładce

Czy mąż jest z kraju ościennego, czy z drugiej strony globu, jedno jest pewne – nim się zwiąże na dobre i na złe, warto się poznać z każdej strony. Szczęście przyniosą nie tylko miłosne zaklęcia, ale i praktyczna wiedza. Wiedza, na co się piszemy łącząc swój los z innym krajem. I zgoda na taką życiową rewolucję. Zarówno gdy to pełna egzotyka, jak i kraj na pozór „normalny”, bo ta normalność często bywa zwodnicza. No i co z dziećmi? Bo jak one się już pojawią, to nieodwracalnie, nie da się po prostu stwierdzić, że nie wyszło i wrócić do siebie. Tym bardziej, że niekoniecznie da się zabrać własne dzieci ze sobą.

Pary, którym się udało mimo tych licznych różnic w mentalności i wychowaniu stworzyć udane stadło, przyznają zgodnie: trzeba swojego partnera szanować i nie przerabiać go na własną modłę. Ostatecznie urzekło w nim również to, co inne, więc po co się tego pozbywać? Jak jest dobra wola i wzajemne zrozumienie, nie ma o czym debatować, jak wizja przyszłości nie wydaje się kusząca, trzeba się po prostu wycofać. W każdej rzeczywistości można się odnaleźć, jeśli naprawdę się tego dla siebie chce. A granice są głównie w głowie.

    20 komentarzy

  • Mar

    Ja jestem zona Szwajcara juz 10 lat, mamy 2 dzieci i jestem bardzo szczesliwa. Serce nie sluga, jak to mowia. Nie zaluje wyboru i nie zamienilabym go na kogo innego. W milosci nie liczy sie narodowosc, najwazniejsze jest uczucie

    • adap

      ja nie w malzenstwie a w zwiazku z wlochem, mamy sliczna coreczke ale niestety nie odnajduje sie w takim kraju jak Wlochy. Mam tez dwie siostry w malzenstwie ktore nie sa za szczesliwe…i jest im trudniej zakonczyc zwiazek.

  • Gosia

    Ja jestem żoną Holendra od 6 lat, razem jesteśmy ponad 11. Holendrzy są wspaniałymi facetami, zdecydowanie lepszymi niż Polacy (tak tak generalizuję).

  • klaudia

    A mój mąż jest Polakiem, jesteśmy 10 lat po Ślubie, a w sumie 12 lat – jest cudownym facetem i jesteśmy szczęśliwi. Polacy są wspaniałymi facetami, lepszymi niż Holendrzy !

  • Aga

    od 12 lat razem,Czarnogóra, ex- Jugosławia,5 lat po ślubie, nie zamieniłabym go,zawsze widziałam, że nie wyjdę za Polaka

  • Karolina

    Od 11 lat ze Szwajcarem, jestesmy malzenstwem od 6 lat. Nie zamienilabym go na innego, kocham go pewnie kochalabym go röwniez gdyby byl innej narodowosci a „nawet” polakiem :), pozdrawiam.k.

  • Ewa

    Jestem szczęśliwa żoną Amerykanina od 8 lat. Poznaliśmy się 15 lat temu, jesteśmy parą od 10 lat, z czego 2 pierwsze lata spędziliśmy w związku na odległość. Nie zamieniłabym go na nikogo innego.

  • Kat

    Jestem zona meksykanina ponad 17 lat. mieszkamy w usa. Nauczylam sie jego kultury, kuchni I vice versa. Dla mnie bez porownania lepszy od polskich facetow. (Prawdopodobnie zle lokowalam uczucia:) jest silny, czuly, madry, super ojciec. Mam w nim oparcie. Mamy podobne zaibteresowania. Tylko do yogi nie daje sie przekonac. Czy bylo tak zawsze? Nie. Mielismy pare niskich lotow na poczatku malzenstwa. Ale jak milosc to sie uda!

  • Julita

    Liczy się człowiek i jakby się tego wszyscy trzymali wszystko jest do zrobienia. Trzeba trochę poszanowania dla obcej kultury i bez kompromisów napewno się nie obejdzie. Ja nie czuję się upoważniona aby oceniać takie kobiety i wylewac kubku pomyj na internecie. Każdy ma swoje życie i trochę powsciagliwosci w ocenach.

  • Aleksandra

    Osobiscie nigdy bym za obcokrajowca nie wyszla,ale znam wiele kilkuletnich juz bardzo szczesliwych zwiazkow. Wiec-czemu nie?

  • Alicja

    Ja chciałam Polaka, a mam Węgra;) Jak się zakochasz, to cieżko zrezygnować z uczucia tylko ze względu na narodowość:)

  • Kinga

    A ja jestem żona PersaI nie ma na świecie lepszego kochańszego troskliwszego uczciwszego zaradnego i rodzinnego mężczyzny

  • Iwona

    Ja zawsze mowilam nie i sie zakochalam w litwinie mamy piekne dziecko bo tak kochac nie wyobrazam sobie nikogo innego.

  • Anita

    Wszystko zalezy of charakteru

  • Joanna

    jeśli on nie jest muzułmaninem to nie ma znaczenia czy Polak, Francuz czy Niemiec.

  • L. B.

    Nie spodziewałam się, że jest tak dużo małżeństw, w których kobieta to Polka, a jej mąż pochodzi z zagranicy. Sama znam takie dwa, gdzie on jest z Indii. Myślę, że w takich przypadkach jedna ze stron musi przejść tak jakby na narodowość drugiej, przyjąć jej zwyczaje, bo też w którymś kraju muszą zamieszkać. Chyba że wybiorą całkiem inny… Najważniejsza jest miłość. Podobno.

  • Laura Asli

    A ja jestem w związku (i to szcześliwym! o tak) z muzułamninem. I nie pisałabym że jeśli nie-muzułmanin to będzie dobrze z każdym bo to nie prawda. Wszyystko zależy indywidualnie od charakteru partnera i jego podejścia oraz naszego podejścia i wspólnego zrozumienia i kompromisów 🙂 mi z Polakami nie wyszło, ale to nie znaczy że Polacy są źli 🙂 za to wychodzi mi, jak najbardziej, z Turkiem i nie zamieniłabym go na nikogo za nic!

    • dorota

      Dobrze, że to napisałaś…Długo jesteście parą?

    • Ola

      No popatrzcie kogo ja tutaj znalazłam 😀 Laura, obie wiemy, że związki z naszymi Turkami są cudowne! A przecież chyba nikt nie stawia od razu sobie za zadanie szukanie obcokrajowca i jeszcze najlepiej Turka 😀 Takie rzeczy po prostu spadają na człowieka z nieba i on się prędzej czy później z tym godzi.
      Byłam w różnych związkach, ale ten to jest już jakaś inna jakość 😀 Co prawda nie jesteśmy długo małżeństwem, bo zaledwie dwa i pół miesiąca, ale co tam 🙂 Ważne, że chcemy być ze sobą, a różnice na razie nam nie przeszkadzają.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>