Główne menu

Miłość po 30 – czy rzeczywiście jest dojrzalsza?

30 lat to wiek, w którym nabywamy już choć trochę życiowej wiedzy oraz doświadczenia. Zmienia się nasze podejście do pracy, pieniędzy, zdrowia, stosunków międzyludzkich i oczywiście miłości. Stajemy się poważniejsi. Ale czy na pewno dojrzalsi?

Zwłaszcza gdy idzie o uczucia, wiek niekoniecznie musi działać na naszą korzyść. Bo ten bagaż, jaki się nazbierał przez minione lata, może zawierać i cenne nauki, i całą masę toksycznych śmieci, które zatruwają myśli. Przybywa nie tylko rozumu – za nim ciągnie się gdzieś tam w oddali rozgoryczenie, cynizm, poczucie porażki. I jeśli te negatywne emocje przeważają, właśnie w życiu miłosnym idzie jak po grudzie.

Mniej fajerwerków

Kto 30-tkę przekroczył ze stałym partnerem u boku, dobrze widzi, jak ten związek różni się od młodzieńczych porywów serca. Udany czy nie, na pewno jest inny, bo zmieniło się podejście do wspólnego życia, a i człowiek zdążył w tym czasie przejść metamorfozę. U singli sprawa jest bardziej skomplikowana, ponieważ spotyka się na swojej drodze różnych ludzi i dopiero próbuje się zbudować nowy związek.

Dojrzały trzydziestolatek ma tę przewagę nad swoją młodszą wersją, że już co nieco kuma, kiedy mowa o tematach damsko-męskich. Co jednak najważniejsze – wie znacznie więcej o samym sobie, a to podstawa, jeśli w planach ma się stworzenie naprawdę udanego związku. Codzienne życie też układa się nieco lepiej niż tuż po wejściu w dorosłość – wśród trzydziestolatków zwiększa się odsetek osób z własnym mieszkaniem, nie najgorszą pracą, stałymi dochodami, znaczącymi osiągnięciami. To przekłada się na większą pewność siebie, ale schody, jakie zaliczyło się po drodze, uczą także chłodnej kalkulacji.

Nie to, że od razu człowiek robi się wyrachowany, po prostu rozumie, że związek to nie są wyłącznie osławione motylki w brzuchu. O wspólnym życiu myśli się w nieco innych kategoriach niż dekadę wcześniej – ma być fajnie i ekscytująco, ale też odpowiedzialnie. Patrzy się dalej w przyszłość, że nie tylko to co dzisiaj, ale i to co pojutrze, za miesiąc, za kilka lat, i może w gronie większym niż my dwoje. Słowem, głowa trochę jeszcze buja w obłokach, ale nogi stoją twardo na ziemi.

Brzmi nudno? Cóż, może i nie jest tak wariacko jak u nastolatków, za to łatwiej o intymność, bliskość, takie szczere zainteresowanie drugą osobą, przywiązanie do niej, bycie razem na dobre i na złe. A to zainteresowanie i trzeźwe spojrzenie skutkuje tym, że wreszcie nie traci się czasu na jałowe znajomości – nie chodzi się na randki „z litości” albo „z grzeczności”, po niepokojących wydarzeniach momentalnie zapala się w głowie lampka ostrzegawcza, a kiedy coś się nie podoba, asertywność każe powiedzieć stanowcze „nie”. Dorosłość pełną gębą.

Druga strona to nie wróg

Po 30-tce nadchodzi także zrozumienie dla płci przeciwnej. Dociera, że w realnym życiu nie jest jak na komediach romantycznych i filmach porno, że ludzie nie wyglądają jak w reklamach luksusowej bielizny, że każdy miewa gorsze dni, wady i denerwujące nawyki, i że nikt nigdy nie dopasuje się do naszych oczekiwań w stu procentach.

Dzięki temu nie czeka się na księcia z bajki i nie odrzuca kogoś z tak błahych powodów jak łysina, niewyraźnie wymawiane „r”, słabość do zdjęć z kotkami, pięć kilo nadwagi czy pięć centymetrów wzrostu za mało. Zmieniają się priorytety, bo staje się jasne, co naprawdę się liczy. No chociażby to, czy jak zachoruję, to dostanę miseczkę z ciepłym rosołkiem, i czy mierząc się z wyzwaniami dorosłego życia otrzymam partnerskie wsparcie.

Imponuje się już nie tylko samym wyglądem i ekstrawaganckimi planami na weekend, ale też tymi przyziemnymi umiejętnościami jak dbanie o porządek w łazience i sprawne załatwianie spraw w urzędach. Łatwiej zresztą po 30-tce wyczuć, czy ktoś „dobrze rokuje” – niefrasobliwość u dwudziestolatka wydaje się czymś normalnym, więc często zbywa się ją machnięciem ręki, u kogoś starszego wywołuje lekki niepokój.

Nie martwią za to głupoty, które spędzają sen z powiek u nastolatków, w rodzaju: a dlaczego odpisał dopiero po pięciu minutach? Kontakt jest może i rzadszy, za to bardziej treściwy – to nie pierdyliardy wiadomości o niczym, a poważne rozmowy, z których faktycznie coś wynika.

Koszmary z przeszłości

Brzmi super, lecz gdyby zawsze tak było, trzydziestolatki nie narzekałyby na swoje nieudane życie uczuciowe. A narzekają, i to całkiem głośno. Są tacy, którzy właśnie w tym wieku odnaleźli drugą połówkę i cieszą się wspólnym szczęściem, ale jest także bardzo pokaźna grupa ludzi o zupełnie odmiennych doświadczeniach.

Randkowanie po 30-tce? No, gorzej niż na polu minowym. Jest do bani. I raczej należy się pogodzić z faktem, że szansa na miłość przepadła, teraz trafi się co najwyżej jakiś „odrzut”, z bagażem traum tak wielkim, że aż ciarki biegną po plecach. Okazuje się bowiem, że strasznie trudno jest wyciągnąć ze swoich doświadczeń jakąś sensowną naukę – „kłopotliwa przeszłość” to jedna z najczęściej wymienianych przyczyn, dlaczego miłosne życie trzydziestolatków jest takie kijowe. Problemem jest tutaj jednak nie samo doświadczenie, a właśnie to, jak bardzo ktoś sobie z nim nie radzi, jak nie przepracował bolesnych wspomnień i teraz obarcza nimi kolejne osoby.

Dochodzą też inne trudności – czyjaś rozbita rodzina. Wśród trzydziestolatków jest wielu rozwodników z dziećmi z poprzednich związków, a nie każdy jest gotów przyjąć w pakiecie cudze potomstwo. Rośnie też presja na własne dziecko, a nie wszyscy w tym wieku marzą o zostaniu rodzicem. Rozbieżności zdają się zresztą nawet większe niż wśród dwudziestolatków – jedni wciąż liczą na prawdziwą miłość i dzieci, inni chcą już tylko seksu i rozrywki, jeszcze inni luźnego związku bez poważnych deklaracji. I jakoś ci o podobnych zainteresowaniach nie mogą trafić na siebie.

miłość po 30

Czy jeszcze jest o co walczyć?

Singiel po 30-tce najpewniej ma za sobą bolesny zawód miłosny. Może nawet i kilka takich zawodów. To uczy ostrożności, zabija entuzjazm i młodzieńczą naiwność, kiedy święcie wierzyło się w nieskończoną potęgę miłości. No nie, teraz jest jasne, że miłość to trochę ściema, bardzo się jej dla siebie pragnie, ale i niespecjalnie w taki obrót spraw wierzy.

Trzydziestoletni człowiek jest już nieco zmęczony, nie tylko samym randkowaniem, ale i tak po prostu życiem, pracą, obowiązkami w domu, stresem. Do starości jeszcze daleko, a jednak często wygoda wygrywa i chce się spokojnie posiedzieć w domu, zwłaszcza że poprzednie wyjścia były dość rozczarowujące. Randki stają się wielkim „wydatkiem energetycznym”, co podkręca oczekiwania – tyle się stroiłam, specjalnie wyszłam z domu na niewygodnych szpilkach, lokal to nie bistro z kanapkami za 2 złote, a tu tak przeciętne spotkanie, no chyba nie było warto.

Po tylu rozczarowaniach do związku podchodzi się niczym do inwestycji. Za młodu ciągle się wierzyło, że na wszystko jest jeszcze czas, a choć pęknięte serce zwiastowało koniec świata, to wokół aż roiło się od okazji, by poznać kogoś nowego. Po 30-tce tych możliwości nagle jest jakby mniej. Za to kosztują więcej wysiłku, a upływ czasu coraz bardziej przeraża. Potęguje to lęk przed porażką, że jak dzisiaj nie wypali, to już chyba nigdy. Z coraz cięższym sercem wraca się z każdej nieudanej randki, aż wreszcie wcale się nie wychodzi. Bądź wychodzi, z przekonaniem, że i tak nic z tego nie będzie.

Kto wpadnie w taki ciąg, ma spore szanse na przeistoczenie się w randkowego desperata. Z jednej strony lepiej odczytuje się drugą stronę, więcej widzi i więcej rozumie, z drugiej jednak, skoro to ostatni dzwonek… nie ma co wybrzydzać, byle kto lepszy od nikogo. Człowiek oszukuje się, i to świadomie, a potem cierpi, bo „wiedziałam, że tak będzie”. W dodatku zamyka sobie szanse na coś wartościowego, wchodząc w nieudany od początku układ, żeby tylko uniknąć samotności.

Cienie starych miłości

Im więcej kiepskich randek, tym częstsza pokusa, by powrócić pamięcią do ex-partnerów. Może trzeba było wtedy… Właśnie, dzisiaj nie wiadomo w sumie, czemu tamto nie wyszło, co tak w nich denerwowało, przecież bywało naprawdę bajecznie. A co u byłych słychać? Och, no całkiem nieźle sobie radzą. I wygląd też niczego sobie. No tak, mąż/żona, dzieci, furtka teoretycznie zamknięta, szkoda, naprawdę szkoda, że tak potoczyły się nasze losy.

Sentyment do ex może zachęcić do szukania podobnych partnerów, częściej jednak wspomnienia z przeszłości uruchamiają lawinę niechęci do płci przeciwnej. Nienawiści nawet. Tym silniejszej, im trudniej pogodzić się z życiem w pojedynkę. A nienawiść tak średnio pomaga w nawiązywaniu znajomości – w ten sposób przyciąga się zwykle osoby, które świetnie potrafią takimi urażonymi uczuciami manipulować, by ugrać coś dla siebie. To zaś pogłębia stare urazy.

Więc niby tęskni się za bliskością, ale przecież baby to tępe materialistki, a faceci myślą wyłącznie o jednym. Nie można im ufać, partnerstwo w ogóle nie wchodzi w grę, trzeba szybko ustawić się na wygranej pozycji, wykorzystać, wyciągnąć ile się da. Dbanie o uczucia? Najmądrzej jest zadbać wyłącznie o te własne. Każdym krokiem kieruje wyrachowanie, podejrzliwość, niewyleczony ból, a to tak naprawdę żadnej ze stron się nie opłaca.

Ze strachu podchodzi się już tak rozsądnie do miłości, że potencjalnych partnerów zazwyczaj to odstrasza – od razu porusza się te najważniejsze kwestie, na pierwszej randce pada pytanie o plany matrymonialne, o zarobki, o rodzinę, o mieszkanie. Żadnej przyjemności, zabawy, śmiechu, to prędzej przypomina rozmowę o pracę, a nie schadzkę dwójki ludzi mających się ku sobie. Ktoś albo spełnia wymagania, albo mówimy sobie „do widzenia”, trzeba szanować swój czas, prawda?

Kobiety mają gorzej?

No właśnie – czas. Tryb „desperacja” częściej włącza się u trzydziestolatek, a nie trzydziestolatków. Ci drudzy czują, że wchodzą w „dobry wiek”, są jeszcze młodzi i jurni, ale też doświadczeni i lepiej sytuowani. Kobiety słyszą tykający zegar, jeśli nie same z siebie, to dzięki podpowiedziom „życzliwych”. Im też bardziej dokucza presja otoczenia – taka mądra, a chłopa se jeszcze nie znalazła, na co czeka, no ma tę swoją niezależność, pewnie wybredna księżniczka albo jakaś wybrakowana.

Mądrzejsza selekcja potencjalnych partnerów inaczej jest odbierana w zależności od płci. Mężczyzna po 30-tce po prostu wie czego chce, jego wartość rośnie, może wybrzydzać. Jego rówieśniczka już nie za bardzo, ona powinna raczej obniżać poprzeczkę niż ją podnosić, no sorry, biust już nie tak jędrny, a wokół oczu widać pierwsze zmarszczki. I wiele kobiet ulega tej presji, wchodzą w relacje mało korzystne dla siebie, ale przynajmniej zmieniły stan cywilny.

Trójka na przedzie najmocniej boli te kobiety, które uwierzyły, że uroda i seksowne ciało to ich jedyna wartość. Kobiety, które budowały swoją samoocenę także na wykształceniu, karierze, umiejętnościach, poczuciu humoru, nietuzinkowych zainteresowaniach, fajnej osobowości po prostu, aż tak nie przeżywają postępującej starości – to właśnie 30 urodziny były dla nich często tym momentem, gdy odkrywały swoją kobiecość, stawały się bardziej zmysłowe, uwodzicielskie, pewne siebie, bez młodzieńczych kompleksów. A życie uczuciowe rozkwitło i wreszcie znalazło się w nim miejsce na szacunek, podziw, satysfakcję.

Wiek to tylko liczba?

W tym pewnie kryje się sekret ludzi, którzy odnaleźli miłość po 30-tce – zwyczajnie czuli, że są tego warci. Nie płakali nad minioną bezpowrotnie chwałą. Pewnie, że upływu czasu nie da się zupełnie zignorować, ale gdy przychodzi co do czego, najważniejsze jest zawsze to, co ma się w głowie – desperacja może dotknąć i trzydziestolatkę usilnie próbującą zajść w ciążę, i urodziwą osiemnastolatkę z wielkimi kompleksami.

Kolejna pierwsza randka znów będzie ostatnią, jeśli nie zrozumie się przyczyn wcześniejszych niepowodzeń i zamiast tego na siłę spróbuje się kogoś do siebie przyciągnąć. Metoda „na łobuza” albo „lodową zołzę” zadziała tylko na specyficzny typ ludzi i nie jest żadnym lekarstwem na zranione uczucia. Tak samo jak robienie łaski, że „oto jestem, doceniaj że mi się chciało, bo w sumie to niczego od ciebie nie potrzebuję”.

Dojrzałości może brakować również ludziom w sędziwym wieku, jeśli do tej pory nie zdołali wyrzucić trupów z szafy, wybaczyć, odpuścić, zaryzykować i pójść do przodu. Kolekcjonowanie krzywd i żal do całego świata raczej nikomu nie pomogło w odnalezieniu wielkiej miłości, niezależnie od wieku.

    3 komentarze

  • Kamila

    Świetny wpis! A ten akapit o desperacji u kobiet… smutny ale prawdziwy niestety 🙁

  • Magdalena Szymańska

    Myślę, że wiele zależy od tego dlaczego ta miłość przyszła w takim wieku dopiero 🙂

  • Aga

    Całe życie byłam sama, przed 32 urodzinami poznałam faceta, niestety okazało się później, że jest żonaty (głupia myślałam, że zostawi dla mnie żonę). Przeszłam załamanie nerwowe. Gdy powiedziałam sobie po wszystkim „Najwyraźniej sama musisz przejść przez życie”, pojawił się ON. Zaczepił mnie na głupim FB. Minęły dwa tygodnie na grupie ateistycznej jak włączyłam się do rozmów i w pewnym momencie nie zdałam sobie sprawy, że flirtujemy ze sobą na ogólnym forum. Ja ze złamanym sercem, on 42 latek po przejściach i rozwodzie (3 nastoletnie córki mieszkające z matkami). Okazało się, że mieszkamy 40 km od siebie. Miesiąc przed moimi 35 urodzinami miałam pierwszą w życiu randkę (8 marca), stres jak jasna cholera. Stwierdziłam, że albo teraz albo już nigdy. Powiedziałam mu wprost, żeby lalki barbi nie spodziewał się, bo ja się nie maluję, mam niewyparzony język (pracuję w branży budowlanej między samymi facetami), nie owijam w bawełnę i kategorycznie nie chcę mieć dzieci. Jesteśmy ze sobą 1,5 roku. Zamieszkaliśmy ze sobą po 3 miesiącach znajomości. Na początku chodziło tylko o seks, obydwoje deklarowaliśmy, że raczej uczucia nie będzie bo i jedno i drugie ma uraz. On pierwszy powiedział, że mnie kocha. Ja mu wtedy podziękowałam, bo moje serce dopiero co zaczynało topnieć. Inny to by mnie w dupę kopnął za takie podziękowanie 🙂 Po jakimś czasie ja też zdałam sobie sprawę, że go kocham.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>