Główne menu

Po co nam monogamia skoro jest przeciw naturze?

Odwieczne pytanie: czy człowiek jest monogamiczny? Chyba nie, skoro zdrady są na porządku dziennym, liczba rozwodów rośnie, a ludzie będący w zdawałoby się udanych związkach i tak łakomym okiem spoglądają na przechodzących osobników płci przeciwnej wyobrażając sobie łóżkowe sceny.

Lecz skoro nie, to dlaczego tego właśnie zazwyczaj oczekujemy, że z tym kimś jedynym, wybranym z tłumu, spędzimy resztę swojego życia? Czy za nasze miłosne marzenia odpowiada wyłącznie kultura? To po co wymyślamy sobie taki styl życia, z którym nam wcale nie po drodze?

W naturze nie ma monogamii

W naszej cywilizacji monogamia jest czymś oczywistym, gwarantuje to nawet prawo – można mieć tylko jednego małżonka, a zdrada jest podstawą do rozwodu z winy niewiernego partnera. Nieoficjalnie jednak wygląda to różnie. Można być singlem i mieć w tym samym czasie sześć kochanek, co część potępi, ale druga część uzna za świetne rozwiązanie. Bo po co się ograniczać do jednej osoby? Rzut oka na świat zwierząt, do którego przecież należymy, a wychodzi, że monogamia jest bardzo rzadka, prawie nikt z naszych „krewnych” tego nie praktykuje. Dlaczego ludzie mają być inni?

Tyle że człowiek jest właśnie bardzo inny, pod różnymi względami. Jako ludzie uważamy się za wyjątkowych, bo mamy cywilizację, naukę, uczucia wyższe, to zaś oznacza unikalny styl życia. Zwierzęta nie bawią się w kwity na całe życie, ale i nie czytają książek, nie siedzą w biurach, nie podróżują, nie korzystają z komputerów, nie jeżdżą samochodami. Większość rzeczy, które dzisiaj robimy, jest wytworem cywilizacji, a więc można powiedzieć – nienaturalna. Skąd akurat w kwestii seksu taki pociąg do pierwotnych instynktów i chęć naśladowania zwierzyny?

monogamia

Gdyby być konsekwentnym, to w naturze stary albo chory osobnik po prostu zdycha, a silniejszy bije słabszego. No, kiepska wizja dla sporej części ludzkości. I jak się okazuje, to właśnie odejście od natury pomogło wielu zdobyć to, o czym w innych okolicznościach mogliby tylko pomarzyć.

Monogamia? Każdemu według zasług

Instynktów nie da się zupełnie wyłączyć, można jednak nad nimi zapanować i jakoś je uporządkować, w imię wyższego dobra. Dlatego w sprawach spornych chodzi się do sądu, a nie na solo przed jaskinię, i dlatego też zdecydowano się na monogamię. Kwestia monogamii jest o tyle ciekawa, że przeważnie narzekają na nią mężczyźni, choć to głównie w ich interesie zdecydowano się na to rozwiązanie.

Kobiet jest mniej więcej tyle samo co mężczyzn, logiczne zatem, że gdy jeden mężczyzna zagarnie dla siebie kilka dziewcząt, ktoś będzie musiał obejść się ze smakiem, ewentualnie mocno się wysilić, by zyskać taką pozycję, która pozwala na stworzenie własnego „haremu”. Krótko mówiąc, z prawa do wielu partnerek korzysta tak naprawdę tylko pewna, uprzywilejowana grupa facetów posiadających władzę i pieniądze. Reszta jest samotna albo wyraźnie obniża swoje oczekiwania.

Tam, gdzie obowiązuje monogamia, wysoki status wciąż daje dużo większe szanse na zdobycie bardzo atrakcyjnej partnerki, ale już tylko jednej – gdy kobieta wie, że może żądać wyłączności, o wiele mniej chętnie zgodzi się na bycie drugą czy czwartą. Łatwiej zatem o interesującą drugą połówkę, i to na wyłączność.

Tylko dla mężczyzn?

Partnerki, żony… A co z kobietami? No cóż, poliandria, czyli wielomęstwo, nie jest aż tak popularna jak wielożeństwo. I znowu można się spierać, czy to efekt kultury, czy natury – gdyby kobietom faktycznie wystarczał do szczęścia tylko jeden mężczyzna, nie zdradzałyby one swoich wybranków, a życie pokazuje, że im mniej obyczajowych obostrzeń, tym więcej pań traci do monogamii nabożny stosunek.

Zwyczaj posiadania kilku mężów nie wziął się jednak z powodu dużego apetytu na seks, ile raczej ze względów praktycznych – poliandria występuje zwykle tam, gdzie ze względu na specyficzne warunki geograficzne wysoki przyrost naturalny nie jest wskazany bądź też tylko praca kilku mężczyzn jest w stanie zapewnić utrzymanie gospodarstwa. Inne naturalne względy zadecydowały o tym, że to panowie częściej mogli pozwolić sobie na kilka kobiet – na bardziej przyjaznych terenach, kto dużo upolował i był najsilniejszy, mógł pozwolić sobie na więcej niż jedną partnerkę. Nasiliło się to, gdy człowiek przeszedł z łowiectwa na rolnictwo i zaczął budować wyższą cywilizację.

W pewnym momencie jednak do głosu doszły postulaty o większej sprawiedliwości społecznej, a prawo do reprodukcji mieściło się w tych kategoriach. Swoje zrobiła też religia chrześcijańska, mocno promująca małżeństwa monogamiczne, i dzięki temu również ten ubogi mężczyzna nie musiał być samotny i miał komu przekazać swoje nazwisko. Dla kobiet również okazało się to korzystne, ponieważ mąż posiadający tylko jedną żonę i prawowite potomstwo z reguły bardziej dbał o swoją rodzinę i mocniej się angażował w jej sprawy. Aczkolwiek nie zawsze – dla niektórych kobiet lepszym wyjściem byłoby dzielenie się zamożnym i wpływowym mężem niż posiadanie na wyłączność kogoś, kto ledwo zarabia na chleb.

Czy to się sprawdza?

Monogamia wynikała z potrzeb kultury i pomogła w utrzymaniu stabilizacji – dziecko wie, kim są jego rodzice i gdzie jest jego dom, żona i mąż mają określone obowiązki, wiedzą czego się spodziewać i do czego dążyć, wszyscy mają jakiś sensowny punkt odniesienia. A co z wewnętrznymi potrzebami? Monogamia nieco je temperuje i wyraźnie widać na tym polu podwójne standardy. Mimo przymusu monogamii nikt nie sprawdzał, czy mężczyzna idący do ślubu był „czysty”, za to nie-dziewica miała przechlapane. Zdradzający mężczyźni nie byli i nie są karani tak surowo co zdradzające kobiety, babę na boku to nawet w pewnych kręgach wypada mieć, ale żeby to żona zdradzała męża? O nie, na to zgody nie ma.

Ten sposób myślenia idealnie obrazują obyczaje starożytnej Grecji: małżeństwo musiało być monogamiczne, dom był świętością, a dobra grecka żona uosobieniem wszelkich cnót, jeśli jednak Greka stać było na utrzymanie kochanek, mógł się z nimi zabawiać do woli, dopóki tylko wywiązywał się ze swoich rodzinnych powinności. I nie była to zdrada – za taką uchodziło dopiero uwiedzenie mężatki, a więc własności innego mężczyzny.

W naszej współczesnej kulturze każdy seks na boku to zdrada, ale jest coś w rodzaju niepisanej umowy, że gdy robi się to po cichu, tak by nikt się nie dowiedział, to w sumie wolno – nikogo to przecież nie krzywdzi, prawowity partner ciągle jest najważniejszy, nie ma co robić zamieszania. Tworzy się mnóstwo wymówek – z prostytutką to nie zdrada, na delegacji i wakacjach też, jeśli to było tylko raz to należy wybaczyć głupotę, etc. I tak pojawia się wątpliwość, czy „niewinne” skoki w bok różnią się tak bardzo od posiadania konkubin i niewolnic, a bycie kochanką jest mniej upokarzające od bycia żoną numer dwa?

A co to takiego, ta monogamia?

Ludzie próbują na wszelkie sposoby wyrwać się z przymusu monogamii, lecz wciąż normą pozostaje trwały związek tworzony przez dwie osoby. To uchodzi za normalne. Jak jednak widać, „normę” można sobie różnie zdefiniować i stąd biorą się kłótnie. Generalnie monogamię utożsamia się z lojalnością i wiernością, ale co to dokładnie dla kogoś znaczy?

Dla jednych oglądanie pornografii to nic złego, dla drugich to praktycznie to samo, co pójście do łóżka z obcą osobą. Pogawędki na seks-czatach też można uznać za zdradę. Dla niektórych nawet masturbacja będzie czymś nienormalnym, bo po co komu takie rozrywki, jeśli obok śpi partner? I ciekawe, kogo sobie podczas tych zabaw wyobraża.

A fantazjowanie o innych kobietach i mężczyznach? Da się przecież pozostać wiernym przez 50 lat małżeństwa, ale czy można mówić o prawdziwej wierności, jeśli przez ten czas czuło się silny pociąg do innych osób i przed seksem z nimi powstrzymywał jedynie strach o konsekwencje zdrady, jak rozwód i utrata domu?

A coraz powszechniejsza monogamia seryjna? Niby dwójka ludzi, ale to tylko na chwilę, może i całkiem długą, lecz jednak nie na wieczność. Czy można nazwać monogamistą kogoś, kto miał cztery żony? Albo kogoś, kto jest w luźnym związku bez zobowiązań, nie angażuje się emocjonalnie, nie chce niczego deklarować? Zasadniczo każdemu partnerowi dotrzymywało się wierności, tyle że ona miała określony termin i gdy zaczęła doskwierać, doszło do zerwania umowy.

Tylko przyjemności

Rodzina, związki damsko-męskie zmieniają się na przestrzeni lat i teraz pewnie też czeka nas jakaś mała obyczajowa rewolucja. Monogamiczne związki aż po grób zdają się być przeżytkiem i choć nie brak osób, które w taką miłość wierzą, dane nie napawają optymizmem – rozwodników przybywa, a małżeństwa trwają coraz krócej. Rodziny patchworkowe przestają być jakimś wybrykiem natury. Może więc powrócimy do poligamii, skoro monogamia średnio się sprawdziła?

Kłopot w tym, że dzisiaj postrzega się poligamię jako po prostu możliwość bezproblemowego uprawiania seksu z jak największą liczbą partnerów, a nie jako związek na określonych zasadach – bo jak się rzekło, w wielożeństwie na te kilka żon to trzeba sobie najpierw zapracować, a w niektórych kulturach żona nr 1 może wręcz nie wyrazić zgody na drugą kobietę albo zażądać rozwodu. Tymczasem w naszym kręgu cywilizacyjnym wielu z tych, którzy krzyczą o powrocie do natury, wcale nie zamierza brać sobie na barki jakichkolwiek zobowiązań. I zupełnie ignorują fakt, że w poligamicznych związkach też nie wszystko układa się jak po maśle: jest zazdrość, kłótnie, intrygi, rywalizacja, więcej zmartwień na głowie i więcej do roboty.

Uczciwie trzeba dodać, że nie wszyscy mają takie podejście. Na ten przykład poliamoryści nie zamykają się w układach jeden plus jeden, lecz nie chodzi im wcale o bezosobowy seks – przeciwnie, chcą tworzyć głębokie więzi, przyjaźnić się z partnerem, darzą go szacunkiem, różnica jest jedynie taka, że tych osób jest więcej niż dwie. Swingersi wymieniają się partnerami, ale to wszystko jest za obopólną zgodą. W dojrzałych otwartych związkach jest przyzwolenie na zdradę, tyle że pod określonymi warunkami. Wychodzi się poza klasyczny, monogamiczny schemat, lecz cały czas myśli się o drugiej osobie, dba się o jej uczucia, jest mnóstwo szczerych rozmów i pilnowanie granic. One po prostu stoją w innych miejscach.

Nie, to nie dla mnie

Nie do pomyślenia? Dla mnóstwa osób zapewne nie. I to jest zrozumiałe, bo gdy przychodzi do seksu i miłości, lubimy czuć się wyjątkowi, a ciężko mieć to poczucie, gdy na horyzoncie pojawia się konkurencja. Albo gdy wszyscy parzą się jak zwierzęta i traktują uczucia jako balast. Pewnie, małżeństwo nie jest już tak potrzebne, każdy może zarobić na siebie, na wypadek nieszczęścia można się ubezpieczyć, a do prac domowych zamówić fachowców, ale przecież nie wiążemy się z ludźmi jedynie ze względów praktycznych. I ta potrzeba bliskości pozostaje bardzo silna.

Badania pokazują, że większość ludzi pragnie romantycznej miłości i związku na wyłączność, choć widać tutaj często brak symetrii – partner ma być wierny, ale gdy to ja sobie trochę poflirtuję, wszystko jest w porządku. Jednocześnie da się zauważyć, jak wiele ludzi boi się zaangażowania – jest obawa, że już się nie da żyć dokładnie według tylko swoich zasad, no i strach, że wikłając się w poważny układ zamyka się sobie drogę do związku z kimś jeszcze atrakcyjniejszym.

W wielu przypadkach problemem jest nie tyle życie niezgodnie z naturą i blokowanie naturalnych popędów, ile powierzchowność relacji – częste zmiany partnerów mają jakoś zapełniać tę pustkę i dostarczać emocji. Z tym zaś jest coraz trudniej, bo kiedy seks staje się czymś naturalnym jak zjedzenie kanapki na śniadanie, bez większego znaczenia, ot żeby tylko sobie ulżyć, czegoś zaczyna brakować. Czegoś ważnego. Eee, to tylko efekt prania mózgu i nadmiaru romantycznych komedii – odrzekną sceptycy. Może. A co jeśli to wypieranie tej potrzeby bliskości jest właśnie przeciwko naszej naturze?

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>