Główne menu

Obsesyjna potrzeba sprawdzania, czy się podobam innym

Miło jest mieć powodzenie, słuchać komplementów, łowić pełne zachwytu spojrzenia. Nawet będąc w udanym związku. Tak jesteśmy skonstruowani, chcemy czuć, że płeć przeciwna wciąż uważa nas za kogoś wartego grzechu, i choć życie z ukochaną osobą daje wiele powodów do radości, to fajnie mieć świadomość, że nie jest to jedyna dostępna opcja. Ot, takie niewinne zaspokojenie próżności.

Tyle że czasami to pragnienie wymyka się spod kontroli. Zainteresowanie stałego partnera nie wystarcza, to tylko kropla w morzu potrzeb, potwierdzenia dla własnej atrakcyjności szuka się niemal na każdym kroku. Nie, nie ma mowy o zdradzie, wystarczy męska uwaga. Dużo męskiej uwagi. Najlepiej codziennie, w różnych okolicznościach, od bardzo różnych mężczyzn. Po co?

Nie jestem niewidzialna

Jest dziewczyna i jest jej chłopak. Są razem i są szczęśliwi, jej nawet do głowy by nie przyszło zdradzić swojego faceta i tym bardziej by się z nim rozstać dla kogoś innego. A jednak jego zainteresowanie to stanowczo za mało, do pełni szczęścia potrzebna jest jeszcze adoracja ze strony pozostałych mężczyzn. Ich komplementy, uśmiechy, spojrzenia, niedwuznaczne zaczepki są najwspanialszym pokarmem dla duszy, czy też raczej dla własnej samooceny. Taki sprawdzony sposób na podbudowanie kruchego ego.

Nic zdrożnego się za tym nie kryje, zabawa kończy się na niewinnym flircie, a odważniejszych amantów czeka odmowa, zresztą tu w ogóle nie chodzi o seks czy romansowanie na serio, liczy się właśnie ta męska uwaga, błysk w oku, chwila erotycznego napięcia. To, że ktoś dostrzegł we mnie atrakcyjną kobietę. Niby nic wielkiego, ale jakaż to satysfakcja! Nie muszę z okazji korzystać, wręcz nie chcę, wystarczy, że ją mam, że gdybym chciała, to wciąż bym mogła. Że są chętni na moje wdzięki.

I dlatego ten jeden najważniejszy „chętny” nie zawsze wystarcza. Są bowiem kobiety, które własny status muszą potwierdzać nieustannie, u różnych źródeł – stały partner to taka baza wyjściowa, ale poza nim musi być jeszcze paru oddanych, platonicznych adoratorów, plus oczywiście przypadkowi faceci spotkani w windzie, sklepie albo na ulicy, dający do zrozumienia, że chętnie posunęliby znajomość o krok dalej.

Owych mężczyzn nie obdarza się żadnym głębszym uczuciem – czasami to chwilowe zauroczenie, przelotna fascynacja, czasami sympatia z dzieciństwa, a czasami zupełnie nic, w mężczyźnie podoba się wyłącznie to, że ja podobam się jemu. Facet może zagadać, poprosić do tańca, pocałować dłoń, szepnąć coś do ucha i tyle, granice są wyraźnie zaznaczone, przynajmniej na początku, gdy jeszcze się panuje nad sobą i swoimi emocjonalnymi potrzebami.

Kobieta musi się podobać

Największy z tym problem mają dziewczyny budujące swoją samoocenę niemal wyłącznie na wyglądzie. Trudno się temu dziwić, bo kobieta ciągle jeszcze postrzegana jest przede wszystkim przez pryzmat urody, a męska akceptacja jest tym, czego powinna pragnąć najmocniej, wiadomo. Oczywiście, gdy jest mądra, zaradna, fajna i z poczuciem humoru to zbiera dodatkowe plusy, ale one doceniane są dopiero w komplecie z tym najważniejszym, czyli wyglądem. Same z siebie są bez większego znaczenia.

Z kobietą nieszczególnie ładną można się kumplować, szanować jej dokonania, lubić jej towarzystwo, ale nie myśli się o niej jak o potencjalnej partnerce, czyli w sumie, jakie to ma znaczenie co ona robi? I tak jej nikt nie chce. A bycie chcianą to podstawowy cel istnienia każdej istoty płci żeńskiej. Więc super, że ktoś docenia mnie jako człowieka, za moje zalety i dobre uczynki, ale gdy nie padnie przy tym przymiotnik „piękna”, przyjemność jest taka sobie. Znaczy co, nie jestem dość urodziwa, by o tym wspomnieć? A może te pochwały to tak na pociechę, żebym się już totalnie nie zdołowała?

I jeśli takie właśnie ma się podejście do siebie, to potrzebuje się nieustannych zapewnień co do własnej „przydatności”. Także ze względu na partnera, żeby pamiętał, jaki cud mu się trafił i żeby koledzy mu zazdrościli, w przeciwnym razie zacznie się zastanawiać, czy może nie stać go na kogoś lepszego. Tak jak bywało to w przeszłości, kiedy wybranek serca podrywał te ładniejsze, a prawie-że-narzeczony ostatecznie postawił na koleżankę modelkę.

Zobaczcie, jaka jestem fajna

Oczywiście, to żadna zbrodnia chcieć podobać się innym facetom. Problem zaczyna się wtedy, gdy przywiązuje się do tego zbyt wielką wagę i bez odpowiedniej dawki atencji dramatycznie obniża się samoocena. I nie podnosi jej nawet szczęśliwa, odwzajemniona miłość, bo pożądanie stałego partnera cieszy, ale on już zaklepany, oswojony, może to uczucie nieco go zaślepia, może mówi tak z przyzwyczajenia albo ma jakiś interes.

A ci obcy faceci, ze swoimi słodkimi słówkami wnoszą powiew świeżości, dopiero się starają, więcej w nich ognia, czysta chemia, czysta żądza, dreszczyk emocji, no i występują w liczbie mnogiej, każdego dnia nowa dostawa, a to najważniejsze. Nie, nie szkodzi, że bywają czasem nieco natarczywi, nawet troszkę chamscy, znacznie gorzej dzieje się wtedy, gdy z ich strony zapada głucha cisza.

To jest moment najstraszniejszy, bo jak to źle o mnie świadczy, że nikt słowem nie zająknął się o moich oczach, włosach czy nogach. Dzień bez komplementu to dzień stracony, tak bardzo, że podejmuje się niekiedy desperackie próby nawiązania znajomości z przypadkowym gościem, żeby tylko usłyszeć coś pikantnego, poczuć lekkie muśnięcie dłoni, mieć okazję do protestu, że niestety nie, ale jestem już zajęta, choć kto wie, kto wie, w innych okolicznościach… I od razu lepiej.

Samopoczucie jest tak mocno uzależnione od zachowania innych mężczyzn, że nic innego nie jest w stanie poprawić humoru. Wszystko jest do bani. Czasami dochodzi się do takiego stanu, że obsesyjnie wylicza się ilość podrywów w ciągu dnia, rozpamiętuje kto i co powiedział, w jakich okolicznościach, czy miał coś poważniejszego na myśli czy tylko bajerował dla sportu. I dlaczego ten koleś w autobusie w ogóle się do mnie nie uśmiechnął? A tamten drugi, bąknął tylko zwykłe „przepraszam”, gdy mnie niechcący potrącił. Właśnie, niechcący? Może chcący, ale czemu z taką rezerwą? A może tamten patyczak w obcisłych dżinsach bardziej mu się spodobał? A Mareczek? Mareczek, co dzień w dzień komentuje dekolty w moich bluzkach dzisiaj bez słowa minął mnie w korytarzu? Już mu przeszło czy znalazł sobie ciekawszy obiekt westchnień?

Przecież to lubisz

Trudno zerwać z podobnym myśleniem, bo zewsząd dochodzą komunikaty, że stemplem potwierdzającym „prawdziwą kobiecość” są właśnie męskie dowody uznania. Każde, od kulturalnych komplementów po nieproszone klepanie po pupie – grunt, że samiec ma chrapkę, znaczy jesteś dla świata użyteczna. Oczywiście, możesz zaprotestować, ale powodem tego są twoje niedostatki i wynikający z nich brak pochlebiającego molestowania.

To zaś uczy dziewczyny, że bez faceta są nieważne, bez ich zaczepek nic nie znaczą, te co twierdzą inaczej po prostu zaklinają rzeczywistość, to wariatki utożsamiane z tym okropnym słowem na „f”. I jak się takim myśleniem przesiąknie, to potem ciężko zadowolić się pojedynczymi dowodami miłości. Sumienie gryzie, a jakże, w końcu widać, że chłop się stara, ale te najlepsze partie mają tabuny facetów u swoich stóp, marzy się o nich, wrzuca ich zdjęcia z tęsknymi opisami. Czym wobec tego jest szczere, lecz tylko jedno uczucie?

I tak właśnie dochodzi do tych absurdalnych sytuacji – dlaczego kobieta, deklarująca chęć wejścia w normalny związek, łasi się do kolesi, którzy jedyne co potrafią, to rzucić sprośną aluzyjką i ukradkiem pomacać po udzie? Ano dlatego, że ona nie czuje, by jej inne przymioty miały dla otoczenia jakąkolwiek wartość, choć w głębi serca marzy o czymś więcej niż samczym zachwycie nad seksownymi kształtami. Dla sekundy chwały pozwala na niezbyt właściwe zachowania. Przyjmuje hołdy od mężczyzn, których nawet nie lubi. Przemilcza nieprzyjemności, bo jeszcze skończy się tym, że obrażony wielbiciel więcej się nie odezwie. Trudno, niech gwiżdżą, to okropne, prostackie i okropne, ale prawdziwym horrorem jest brak gwizdów.

Ja, mój facet oraz oni

Jak pogodzić to pragnienie bycia wiecznie podziwianą ze stałym związkiem? Wydaje się, że to żaden problem, skoro do niczego poważnego nie dochodzi, w rzeczywistości jednak nad związkiem dość szybko pojawiają się ciemne chmury. Bo miło widzieć, że za drugą połówką faceci chętnie się oglądają, ale to, że ona tak ochoczo reaguje na ich zaloty, nie zawsze bywa przyjemne. Po co się wdaje w te flirciarskie dyskusje? Czy potrafi załatwić jakąkolwiek sprawę bez kokietowania swojego rozmówcy? Czy musi nosić aż tak obcisłe sukienki i prowokować tych pajaców? Dlaczego uśmiecha się do każdego gostka mijanego po drodze? Czemu gładzi po dłoni każdego gościa, któremu podaje kieliszek?

Robi się jeszcze niebezpieczniej, gdy włączy się do tego nowoczesne technologie, bo tu łatwiej o dyskrecję, a podejrzane zachowania w realu, kiedy przeniesie się je do sieci, wydają się nagle błahostką – fotka w bikini to nie to samo co rozebranie się przed żywym facetem, a flirtowanie online nijak się ma do romansowania na żywo. Zresztą, w sieci swoje zdjęcia albo wypowiedzi wysyła się często nie do konkretnego nadawcy, a tak po prostu, do ludzi, przez co odpowiedzialność za słowa i czyny jakby się rozmywa.

Co nie znaczy, że problemu nie ma. Etap niewinnego flirtowania dla poprawy samopoczucia może niespostrzeżenie przerodzić się w internetową zdradę, albo zdradę jak najbardziej realną – rozmowy są coraz bardziej osobiste, dotknięcia już nie takie przypadkowe, nie wpada się na siebie przy okazji, lecz celowo aranżuje spotkania. Z premedytacją zachęca się obcych mężczyzn do przesuwania granic, kusi się ich, zwodzi obietnicami, ciągle z przekonaniem, że jest ok, bo przecież do żadnego seksu na boku nie doszło.

Sumienie podpowiada jednak coś zupełnie innego i nie bez powodu zachowuje się te przygody w tajemnicy, wiedząc dobrze, że gdyby partner jakimś cudem się do nich dokopał, to kto wie, czym by się to zakończyło. Nie mówiąc już o tym, że to bardzo nie w porządku również wobec zalotników, którzy niekoniecznie wiedzą o swoim rywalu i mogą słusznie poczuć się wykorzystani. Krótko mówiąc, nieudolne leczenie własnych kompleksów może niepotrzebnie skrzywdzić wiele osób dookoła, czego dałoby się uniknąć, gdyby wewnętrzne przekonanie o własnej wartości nie wynikało wyłącznie z tego, co sobie pomyślą inni.

    2 komentarze

  • daga

    Wydaje mi się, że u mnie było dokładnie taksamo. Tylko zamiast być sprawdzającą singielką to byłam w związku i krzywdziłam drugą połowę. No cóż, było minęło – czasu się nie wroci. Tylko na szczęście jestem z tych co się uczą na błędach więc zamiast bawić się kosztem innych wziełam się za siiebie – kupiłam iqgreen, schudłam 10 kilo z nawiązką w dwa meisiące. zaczęłam cwiczyć żeby utrzymać tą wagę. tu się pomalować, tam trochę maźnąć czerwoną pomadką. do tego znalazłam pracę którą lubię choć kokosów nie zarabiam…i mam plus pięćset do poczucia własnej wartości. już nie mam ciągłej potrzeby udowadniania sobie że ktoś może na mnie zwrócić uwagę.

  • Asia

    Mòzg to centrum zarządzania
    Dobrze jest wiedzieć jak o niego dbać

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>