Główne menu

Czy potrafimy uczyć się na własnych błędach?

Błądzić jest rzeczą ludzką. Potknięcia, omyłki, porażki, katastrofy znajdują się w każdym, nawet najwspanialszym życiorysie. Że jednak czasu cofnąć się nie da, trzeba się z błędami pogodzić i wyciągnąć z nich cenną naukę. Kłopot w tym, że bardzo trudno jest traktować życiowe porażki jako świetny materiał do nauki. To raczej coś, co podcina skrzydła i zniechęca do kolejnych wyzwań.

Dlatego staramy się żyć tak, by błędów za wszelką cenę uniknąć. Ma to swoje dobre strony, ale też ogranicza, zamyka na nowe możliwości, popycha w stronę bezczynności. Czy to w ogóle jest możliwe, dostrzec w porażkach coś pozytywnego?

Co Cię nie zabije, wcale Cię nie wzmocni

Pomyłki pomagają zbudować doświadczenie. To dzięki nim człowiek musi dany problem przeanalizować, wyciągnąć wnioski, usprawnić coś, inne coś wyrzucić. Gdy życie toczy się bezbłędnie, nie ma takiej motywacji do zmian, a wcale nie jest powiedziane, że brak wpadek oznacza z automatu same wspaniałości. Mimo to stan ‘jako tako’ wydaje się bezpieczniejszy, choćby dlatego, że nie naraża się na docinki i znaczące spojrzenia.

Porażki przypominają bowiem, jak bardzo jest się niedoskonałym, a wtedy ostatnie, na co ma się ochotę, to szukanie pozytywów w przygnębiającej klapie. Zwłaszcza, że świadkowie klęski nierzadko tylko potęgują to uczucie beznadziejności, bo nawet gdy pocieszają i współczują, to dają przy okazji do zrozumienia, jak nierozsądne jest wszelkie eksperymentowanie. Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu – właśnie dzięki takim maksymom wzmacnia się strach przed porażką, nie widzi się tego, co można zyskać, a jedynie straty, które wydają się nieuniknione. Nie ma sensu upadać i wstawać mocniejszym, lepiej w ogóle nie tracić pionu, chuchać na zimne i nie kombinować. Uczyć się na własnych błędach? Lepiej na cudzych. Mniej ryzykowne, mniej dotkliwe, a tak samo skuteczne. Ale czy na pewno?

Bolesna nauka

Fakt, nie trzeba wszystkiego doświadczyć na własnej skórze, by zyskać pewność, że to złe, głupie i do niczego nie prowadzi. Ale bazowanie wyłącznie na źródłach zewnętrznych to za mało, pewne rzeczy dobrze jest poczuć osobiście, bo te uczucia bywają cenniejsze od suchych faktów. Uczą odpowiedzialności i empatii – jak sama dostaniesz po karku, a nie tylko o tym usłyszysz, łatwiej pojąć czyjeś zachowanie.

Weźmy miłosny zawód. Fajnie byłoby nigdy nie cierpieć z powodu ukochanej osoby, lecz to się trafia tylko tym w czepku urodzonym. Większość gdzieś po drodze zalicza cios prosto w serce, a to doskonały sposób, by dojrzeć emocjonalnie, choć zaraz po nokaucie chce się wejść pod kołdrę i nigdy spod niej nie wychodzić. Ale później, mając w pamięci swoją porażkę, bardziej szanuje się uczucia drugiej osoby i wie się, jak pracować nad związkiem. A utrata pracy? Podobnie. Pierwsze dni bezrobocia są koszmarne, jednak może ono zainspirować do pozytywnej zmiany, a w nowej pracy łatwiej będzie uniknąć kolejnych pomyłek.

Wystarczy prześledzić kariery wielkich naukowców, biznesmenów, artystów. W oczy rzuca się przede wszystkim ich olśniewający sukces i przyjemna strona życia na szczycie, lecz w rzeczywistości każdy wielki człowiek potknął się przynajmniej raz, został odrzucony i niedoceniony, przeszacował własne możliwości. Za ich chwałą stoi to nie tylko talent i praca, ale także umiejętność wygrzebywania się z dołków.

nauka na błędach

Nie kuś losu

Brzmi to świetnie, więc dlaczego notorycznie powielamy swoje błędy zamiast czerpać z nich cenną wiedzę? Bo nie bardzo się nas uczy, jak radzić sobie z przeciwnościami losu i przedstawia się je jako wielką katastrofę, powód do wstydu. I zaczyna się to już od dziecka. Chłopcy mają troszkę łatwiej – mężczyzną się stajesz, gdy przechodzisz coraz to poważniejsze próby, więc jest zachęta, by ryzykować, rzucać się na głęboką wodę. Poza tym, to przecież chłopcy, oni tak mają, że psocą. Dostają karę, jednak mają przyzwolenie na wyszumienie się, dzięki czemu jest okazja, by pobłądzić i wyciągnąć z tego jakieś lekcje.

Dziewczynki otrzymują nieco inny przekaz. Podczas gdy chłopcy słyszą raczej ‘co, nie dasz rady?’, dziewczynkom serwuje się głównie zakazy: nie rób tego, nie wypada, co ludzie powiedzą, to nie dla ciebie. Dziewczyńskie wybryki oceniane są surowiej, więc wypracowują one w sobie wewnętrzny hamulec i unikają konfliktów. Nie zachęca się ich do dalszych prób, raczej głaska po główce, że takie biedne, niezaradne, trzeba się nimi opiekować. Nic dziwnego, że wychowana w ten sposób dorosła kobieta przy pierwszym błędzie wpada w panikę. Zresztą, te dorosłe błędy też mają poważniejsze reperkusje niż u mężczyzn – wpadka dowodzi, że jesteś do niczego i niepotrzebnie próbowałaś wyjść ze swojej tradycyjnej roli. Gdy facet się pomyli, wystarczy że stanie na nogi, a zbierze pochwały. Kobiecie często w ogóle nie daje się szansy na odrodzenie, jej porażka jest tylko argumentem potwierdzającym babską nieudolność, sami państwo widzą, lepiej gdyby w tym czasie tłukła kotlety.

Strach się wychylić

Niemniej lęk przed wtopą odczuwają obie płcie. Właśnie to widmo porażki blokuje mnóstwo śmiałych projektów, które nigdy nie wychodzą poza sferę planów. Po co, szkoda nerwów, co będzie gdy się nie uda? Bo choć porażki wydają się naturalną częścią życia, to ciągle widzi się w nich koniec świata, po prostu tylko palnąć sobie w łeb.

Tymczasem bardziej zabójcze okazuje się unikanie wyzwań. Owszem, nie siedzisz na topie i zazdrościsz królom życia, ale za to oszczędzasz sobie wielu przykrości, bo wiadomo, wyżej zajdziesz, mocniej się potłuczesz, kiedy spadniesz. Żyjesz poprawnie, bez uniesień, normalnie, i jakoś się to toczy. I to ‘jakoś’ z czasem zaczyna strasznie wkurzać, chciałoby się jednak czegoś nowego, fajniejszego. Lecz dopóki jest tak sobie, bez wielkiej satysfakcji, ale i bez dramatu, strasznie ciężko zebrać się i dokonać rewolucji. Wszak lepsze jest wrogiem dobrego.

Paradoksalnie to dzięki porażkom często udaje się nie tyle wyjść na prostą, co zacząć żyć na sto procent. Praca to prawdziwa udręka i nie da się tego dłużej znosić? Masa firm powstała dlatego, że doszło się do ściany i nie było innego wyboru niż praca na własny rachunek, co koniec końców okazało się idealnym rozwiązaniem. Porażka jest po prostu kopniakiem na rozpęd, boli, ale wreszcie widać, czego się nie chce i do czego chce się dążyć.

Łatwo powiedzieć…

Tylko znowu, na papierze wygląda to bardzo prosto, a jak przychodzi co do czego, to klapa goni klapę. Zazwyczaj dlatego, że nie dostaje się od otoczenia właściwego wsparcia. Wszyscy mówią: stań na nogi i nie bądź mięczakiem. Ale jak do tego dojść, musisz domyślić się sama. A nie każdy jest aż tak zdolny i silny. Zamiast uczyć się na błędach, człowiek się załamuje pod naporem krytyki i szydzenia. Nie dostaje żadnej konkretnej pomocy. Oczekiwania przytłaczają. Albo słyszy, że w sumie to niczego nie musi robić, bo ma prawo do niedoskonałości, wbrew tej modzie na perfekcjonizm. Tyle że to daje przyzwolenie na pobłażanie sobie, co na dłuższą metę się nie sprawdza i prowadzi do kolejnych pomyłek.

Po drugie, bardzo często nie przyjmujemy do wiadomości własnych błędów, co mocno utrudnia wyciąganie wniosków. No bo z czego? To nie moja wina, tylko czepialskiego szefa. To on świnia, że nie zadzwonił po randce, ja sobie nie mam nic do zarzucenia. To geny po grubej babci, dlatego nie mogę schudnąć. Cokolwiek złego się stanie, jest proste wytłumaczenie – pech, wredni ludzie, niezwykłe okoliczności przyrody, niewłaściwy układ planet, tak najwyraźniej miało być, ja się naprawdę starałam.

Wreszcie, wychodzi się z założenia, że skoro raz się zbłądziło, to następnym razem już nie wleci się na rafę, po prostu nie, drugi raz przecież nie może mnie spotkać to samo. A nie tak się rodzi doświadczenie. Nie można oczekiwać, że problem w magiczny sposób sam się rozwiąże, bez naszego udziału. Jeśli jakąś rzecz następnym razem robi się dokładnie tak samo, rezultat też będzie taki jak poprzednio. Cudów nie ma. Cały sens nauki na błędach polega, no właśnie – na nauce. Co zakłada przynajmniej minimum wysiłku ze swojej strony.

Nie zatrzymuj się na porażkach

Bywa też, że analizę błędów przeprowadza się aż zbyt gruntownie. W zasadzie to już nie żadna nauka, a bezsensowne rozpamiętywanie porażek, zadręczanie się nimi, wymyślanie miliona alternatywnych scenariuszy ‘co by było gdybym wtedy…’. To zaś do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Babrać się w klęskach wcale nie trzeba, wręcz przeciwnie, one mają jedynie wskazać przyczynę życiowych niepowodzeń. Reszta to patrzenie w przyszłość i skupienie się na nowych celach.

Jest w nas jednak pewna skłonność do definiowania się poprzez porażki i zapominania o wszelkich sukcesach. A one też są pouczające – mózg bardzo lubi ‘nagrody’, więc gdy jakieś działanie kończy się pozytywnym skutkiem, szybko ten mechanizm zapamiętujemy i staramy się go wykorzystać w przyszłości. Chodzi więc o to, by połączyć wzloty i upadki w całość, a nie tylko bezkrytycznie się sobą zachwycać albo mieć siebie za skończonego nieudacznika.

A kobiety troszkę lubią pobawić się w czarnowidztwo. Gdy nie mają wiary w swoje możliwości (a często nie mają), nawet nie próbują przełamać ‘klątwy’. Stać je wtedy tylko na stwierdzenie ‘jestem taka beznadziejna, nic nigdy mi się nie uda’. I tak prowokują samospełniające się przepowiednie, co jeszcze mocniej wbija w kompleksy i zniechęca do jakiejkolwiek aktywności. Taka autodestrukcja.

Właśnie pozwalając sobie na odważne działanie i pomyłki podnosi się samoocenę, bo to pokazuje, że kurczę, jednak potrafię sama wyprostować swoje błędy, staję się coraz lepsza. A to znacznie przyjemniejsze niż kiszenie się w swoich smutkach i udawanie, że jest ok, byle tylko nikt nie zauważył najdrobniejszego potknięcia.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>