Główne menu

Problem damskiej końcówki, czyli kto ma problem z „doktorką” i „socjolożką”

Kobiety coraz odważniej manifestują swoją obecność w przestrzeni publicznej, czego przejawem jest między innymi walka o uwzględnienie ‘kobiecości’ również w warstwie językowej. I co ciekawe, to tak zwana feminizacja języka budzi zdecydowanie większy opór – mało kogo oburza fakt, iż kobieta zajmuje stanowisko prezesa Rady Ministrów, za to gdy powie się o niej nie ‘pani premier’, ale na przykład ‘premierka’, zaczyna się wyjątkowo zjadliwa dyskusja.

Bo temperatura rozmów dotyczących żeńskich końcówek wyrazów jest niemal tak wysoka, jak przy debacie o aborcji czy prowokowaniu do gwałtu, a więc tematach o niebo poważniejszych. Żeńskie nazwy to niby bzdura, ale jakoś nie da się przejść obojętnie obok profesory, ministry, socjolożki. Są to określenia mocno tępione, choć w sumie nie wiadomo dlaczego, bo kelnerka czy sprzątaczka nikomu nie przeszkadza. Może więc rzeczywiście wcale nie chodzi tylko o słowa?

Do szczęścia niepotrzebne

Ilekroć pojawia się temat żeńskich końcówek wyrazów, poważna dyskusja przemienia się w ideologiczną jatkę. Od razu pojawia się argument, że to głupia i szkodliwa nowomowa, patologiczna polityczna poprawność. Co to, kobiety nie mają większych problemów? Zamiast walczyć z prawdziwą krzywdą, kwestię równouprawnienia sprowadza się do słowotwórstwa, jakby to było najistotniejsze. I pewnie, kobieta w biedzie woli dostać fachową pomoc prawną i pewnie mało ją obchodzi, czy jest wtedy petentem czy petentką. Ale w ten sposób można podejść do wielu zagadnień. Jaki sens w łapaniu kieszonkowców, kiedy robione są przekręty na grube miliony? Jak można organizować wielkie wydarzenia sportowe, kiedy dzieci umierają na raka, bo brakuje pieniędzy na drogi sprzęt? To, że podejmowane są starania o uwzględnienie żeńskich nazw nie oznacza przecież, że inne kobiece sprawy są zupełnie zaniedbywane. A jeśli dla iluś tam kobiet jest ważne, by powstały żeńskie odpowiedniki zawodów, dlaczego by się nad tym nie pochylić? Bo to baby, więc z definicji głupota?

Tym bardziej, że język stale się zmienia. ‘Kiedyś tak się nie mówiło’ to żaden argument, wystarczy wziąć do ręki gazetę sprzed wieku i można się bardzo zdziwić, jak mocno archaicznym (z dzisiejszej perspektywy) językiem wtedy pisano. Co roku do słownika oficjalnie trafiają nowe słowa, inne wypadają z obiegu. Normalna kolej rzeczy. Ale nie w przypadku żeńskich końcówek, tu nie ma mowy o żadnych zmianach. I dziwnym trafem, językowym konserwatystom jakoś nie przeszkadza notoryczne zaśmiecanie umiłowanej polszczyzny anglicyzmami, co zresztą narusza ustawę o języku polskim z 1999 roku – prawo przewiduje nawet grzywny za nieuzasadnione obce wtręty. Nie ma już terminów, jest deadline, musisz coś zrobić asap, nie pracujesz w żadnym biurowcu, tylko financial center, gdzie pełnisz rolę team leadera albo innego HR managera. Określeń tego typu używa się nagminnie, i to mimo apeli językoznawców, iż to zwykłe psucie języka. Ale cóż, to nie kłuje w oczy, w przeciwieństwie do jakże bulwersującej inżynierki albo socjolożki.

Nic nowego

Wbrew pozorom, tworzenie żeńskich form wcale nie jest nowym wymysłem, tak naprawdę jest to jak najbardziej zgodne z tradycją języka polskiego.

Na początku XX wieku żeńskie końcówki stosowano chyba nawet częściej niż dzisiaj. Były prezeski, wizytatorki, skarbniczki, farmaceutki, ławniczki, referentki, członkinie. Pojawiały się nawet dowódczynie. W oficjalnych dokumentach też używano obu rodzajów, na przykład w Rozporządzeniu Ministra Spraw Wewnętrznych i Ministra Spraw Wojskowych jest mowa o powoływaniu lekarzy i lekarek, w innym piśmie pojawia się kwestia biletów ulgowych przysługujących nauczycielom i nauczycielkom – aczkolwiek nie był to wszechobecny standard, bo np. w „Spisie nauczycielskim” z 1924 roku mamy kobietę kancelistę albo naczelnika wydziału. Była też sprawa tytułów naukowych – dyskutowano zawzięcie, czy kobieta ma być ‘doktorką’ czy ‘doktorem’.

Kiedy w wyniku wojny kobiety zaczęły pracować w męskich zawodach, od razu zaczęto się zastanawiać, jak powinno się je wtedy nazywać. Na przykład, czy pani za sterami tramwaju to ‘motorowa’, ‘motorka’ czy ‘motorówka’? ‘Posłanka’ wcale nie jest wymysłem naszych czasów, bo o tym określeniu „Poradnik Językowy” pisał już w 1923 roku, wyjaśniając, że ‘posłanka’ wygrała z takimi słowami jak ‘poślina’, ‘poślica’ czy ‘posełka’. Co więcej, rzeczony „Poradnik Językowy”, jak również „Język Polski”, jasno opowiadały się za stosowaniem nazw żeńskich, bo skoro kobiety uczą i piszą wiersze, naturalnym jest, że stają się nauczycielkami i poetkami, męskie nazwy są po prostu nielogiczne. Trzymanie się form męskich postrzegano wręcz jako „brak cywilnej odwagi przyznania się do tego, że jest się kobietą, wstyd swojej kobiecości i podszywanie się pod płaszcz męski”. Dla językowych tradycjonalistów kobieta ‘doktor filozofii’ to „horrendum”, a „pani doktor dziś przynajmniej dla wielu osób brzmi jeszcze wulgarnie” i powinno się mówić ‘doktorka’ (Język Polski, 1957, nr 2).

Oczywiście, sfeminizowane nazwy nie były jedynymi dostępnymi wersjami i nie każdemu te formy się podobały, zwłaszcza w przypadku wyższych stanowisk, jak burmistrz czy minister. Już wtedy pojawiały się zarzuty o gramatyczny terroryzm językowych purystów, a że tworzenie damskich odpowiedników nierzadko było mocno kłopotliwe, nawet „Poradnik Językowy” w pewnych kwestiach ustępował dochodząc do wniosku, że najwyraźniej nie wszędzie żeńskie odmiany muszą się pojawiać i nie ma co kombinować na siłę.

Po II WŚ zwyczaj określania żeńskich profesji męskimi rzeczownikami utrwalił się na dobre. Ówczesna ideologia próbowała zerwać z podziałem na żeńskie i męskie prace (słynne ‘kobiety na traktory’), więc zaczęła obowiązywać jednolita, męska forma, co miało podkreślać społeczny awans kobiet – teraz były one na równi z mężczyznami. Jednakże maskulinizacja dotyczyła głównie stanowisk prestiżowych, te mniej znaczące trzymały się form kobiecych, dlatego tak powszechna jest sprzątaczka, salowa czy kucharka, ale już nie adwokatka, magisterka albo prezeska.

Językowe koszmary

Żeńskie końcówki nie są problemem wyłącznie polskim. W wielu krajach doszło na tym polu do znaczących zmian i coraz więcej wyrazów otrzymuje swoje damskie wersje. Angela Merkel praktycznie od początku jest ‘Bundeskanzlerin’, a nie ‘Bundeskanzler’, choć wcześniej żadna inna kobieta nie pełniła tej funkcji, więc i nikt tego słowa nie używał – a jednak ‘Bundeskanzlerin’ jest wyrazem oficjalnie uznanym, wpisanym do słownika. W językach słowiańskich żeńskie wersje też są dość powszechne. Dla Chorwatów pani Merkel to njemačka kancelarka, z wykształcenia fizičarka, a nie kancelar i fizičar. Czesi to w ogóle wszystko feminizują, u nich jest po prostu kancléřka Merkelova. Znaczy można.

Jest jednak pewien kłopot. Nie wszystko da się skopiować z jednego języka na drugi, nawet jeśli to języki z tej samej grupy. Polski jest pod tym względem dość wredny i chcąc nie chcąc, w dobrej wierze tworzy się językowe potworki. Architektka? Chirurżka? Pal sześć czy brzmią głupio, te słowa są zwyczajnie trudne do wymówienia. Zresztą same wojowniczki o językową sprawę nie są w tym względzie konsekwentne, pisząc o sobie na przykład ‘socjolożka, blogerka, wykładowca’. Czyli co, raz jest kobietą, raz mężczyzną? Nie ma też zgody co do wersji danego słowa – jest i ministra, i ministerka, w tej samej rozmowie raz pada psycholożka, drugim razem psycholog. Nazwy często tworzone są chaotycznie, niezgodnie z regułami, co tylko dodaje paliwa szydercom, całkiem słusznie.

Językoznawcy podkreślają też, że mimo męskiej formy, nazwa zawodu i tak ma ‘dwie płcie’, zależy to po prostu od gramatyki i kontekstu zdania, jak ‘mam zaliczenie u tego profesora’ i ‘mam zaliczenie u tej profesor’ czy ‘byłam u tej psycholog’ i ‘byłam u tego psychologa’. Żeńska forma paradoksalnie może być właśnie wykluczająca. Baśka to najlepsza lekarka, jaką znam – wychodzi z tego zdania, że Baśka jest najlepsza wśród kobiet uprawiających zawód lekarza, a nie wśród lekarzy w ogóle. No i nie da się zupełnie uciec od negatywnych skojarzeń związanych z żeńską wersją jakiegoś słowa, bo po iluś tam latach stosowania ich w innej formie brzmią one pogardliwie i niepoważnie, a przecież nie zmusi się ludzi ustawą do zmiany własnych skojarzeń. Nie da się też zaprzeczyć, że lansowane obecnie żeńskie nazwy często naprawdę są nacechowane ideologicznie, na zasadzie – nie chcesz mówić ‘antropolożka’, znaczy gardzisz kobietami i jesteś przebrzydłym seksistą z mózgiem zainfekowanym patriarchalnym wyzyskiem. A przecież nie zawsze tak jest.

Drodzy panowie

O ile w przypadku nazw zawodów można przyjąć, że ‘pani minister’ czy ‘pani premier’ to żadna próba zdeprecjonowania kobiet, tak używanie wyłącznie rodzaju męskiego w tekstach czy publicznych wypowiedziach jest trochę wykluczające i tu argumenty o ignorowaniu kobiet nie są zupełnie bezzasadne.

Weźmy uczelnię techniczną albo zespół pracowników w ‘męskiej’ firmie. Gdy w grupie 20 facetów pojawi się kobieta, od razu jest kłopot z używaniem właściwych form. I zakłada się, że kobiety nie powinno oburzać zwracanie się tylko ‘do panów’, no bez przesady. Konieczność szukania nowych zwrotów często postrzegana jest jako niepotrzebne komplikowanie języka w imię tej diabelskiej politycznej poprawności. Ale wystarczy odwrócić sytuację – na konferencji jest tuzin kobiet i jeden mężczyzna, a prelegent zwraca się bez przerwy ‘drogie panie’, ‘może zechciałybyście’. I co, facet wtedy nie zaprotestuje, nie poczuje się lekceważony? Jakoś trudno w to uwierzyć.

Tak samo jest w tekstach pisanych. Jasne, są obszary, gdzie podział na płcie jest raczej oczywisty i nikogo nie zdziwi, że tekst o robieniu makijażu pisany jest w formie żeńskiej, a poradnik o strzyżeniu bródki dostępny jest w wersji męskiej. Ale dlaczego na stronie banku wyświetla się jedynie komunikat ‘właśnie założyłeś konto, czekaj na kuriera z umową’. Że niby co, kobiety kont nie zakładają? Albo zakupy w księgarni online: ‘złożyłeś zamówienie na kwotę x’. Znowu, kobiety nie kupują książek? Można to oczywiście zbyć, że głupstwo, no tak się mówi, ale skoro to głupstwo, to piszmy zawsze ‘złożyłaś zamówienie’, histeryczki będą zadowolone, a dla reszty to przecież bez znaczenia. Różnego rodzaju uniwersalne poradniki lub artykuły też niemal zawsze pisane są w formie męskiej, bo tak się utarło. A wystarczyłaby odrobina dobrej woli i dałoby się stworzyć tekst, który będzie pasował zarówno do mężczyzn, jak i do kobiet.

‘Po męsku’ nobilituje

Czy to, jakiego używamy języka, ma jakieś znaczenie? Owszem, bo właśnie w ten sposób opisujemy rzeczywistość albo próbujemy ją wykreować. ‘Polskie obozy śmierci’ to też tylko słowa, a jakie budzą poruszenie i jak bardzo chce się świat przekonać, by mówiono o obozach niemieckich albo chociaż nazistowskich – oczywiście, waga tego sformułowania jest dużo większego kalibru, lecz dobitnie pokazuje, jak język wpływa na postrzeganie otaczającego nas świata.

Męska forma jest niby zbiorcza, ale wciąż postrzega się ją głównie jako zbiór mężczyzn. Wymień najlepszych pisarzy – prawie wszyscy wskażą mężczyznę. Wymień najlepszego pisarza albo pisarkę – od razu pojawia się więcej kobiet. Najlepszy aktor – to samo. Czyli jednak coś jest na rzeczy.

Unikanie żeńskich form sprawia, że kobieca nazwa wydaje się mniej poważna, a lekarka czy prawniczka staje się tym samym mniej kompetentna niż lekarz i prawnik. Męska forma dodaje ważności i same kobiety preferują takie określenia – ‘pani dyrektor’ przywodzi na myśl wielką firmę i wysoką rangę, ‘dyrektorka’ to co najwyżej prowincjonalna podstawówka.

Męskie nazwy po prostu brzmią lepiej i kojarzą się lepiej, z prestiżem, władzą, większymi pieniędzmi, cennymi umiejętnościami. Kobiecość jest czynnikiem deprecjonującym, dlatego żeńskie końcówki nie wadzą przy zawodach z niższej półki – nikt się nie oburza na sprzątaczkę, kelnerkę, fryzjerkę, kasjerkę. Prawda, to również dlatego, że w tych profesjach dominują kobiety, a wśród dyrektorów, inżynierów i ministrów przeważają faceci, ale skoro tak, to z jakiego powodu nie mówi się o kobiecie ‘złodziej’ i ‘morderca’, tylko ‘złodziejka’ i ‘morderczyni’? Kradną i zabijają w większości mężczyźni, więc po co te rozróżnienia? Niech będą po prostu złodzieje.

To jak powinno być?

Niechęć do żeńskich form tłumaczy się krótkim: są śmieszne i żenujące. Nieszczęsne –iwczynie i –ożki są obiektem nieustającej szydery, aczkolwiek podejście do żenady jest wybiórcze – ‘informatyczka’ wywołuje salwy śmiechu, ale przy ‘matematyczce’ reakcja będzie już znacznie łagodniejsza.

Maria Skłodowska Curie może być fizyczką i chemiczką, ale spróbuj powiedzieć, że była naukowczynią… Lekarka, dentystka, nauczycielka, redaktorka, pisarka – dzisiaj te słowa wydają się zupełnie naturalne i mało kogo gryzą w uszy. Ale ministerka albo socjolożka budzi sprzeciw. Dlaczego? Zdaniem językoznawców, przede wszystkim z powodu uprzedzeń i własnych przekonań, bo pod względem formalnym często są to słowa utworzone poprawnie. Nie jesteśmy do tych słów przyzwyczajeni, więc nas drażnią. Tym mocniej, że od razu próbuje się te słowa ośmieszyć i sprowadzić do absurdu.

Jednocześnie nikomu nie przeszkadza, że dla zawodów typowo kobiecych tworzy się męskie odpowiedniki albo zupełnie nowe słowa, jeśli daną profesją zajmuje się mężczyzna. Ktoś mówi ‘pan sekretarka’, ‘pan przedszkolanka’, ‘pan kosmetyczka’ albo ‘pan pielęgniarka’? Jedynie w żartach. Na poważnie każdy facet może liczyć na męskie określenie swojej pracy, kobieca nazwa najwyraźniej byłaby uwłaczająca.

W drugą stronę to rzecz jasna fanaberia, mimo że według Rady Języka Polskiego, a więc organu najbardziej kompetentnego, tworzenie żeńskich nazw nie jest – jak twierdzą przeciwnicy – sprzeczne z systemem naukowym i nie narusza żadnych obowiązujących norm. W przeciwieństwie do wspomnianego wcześniej zaśmiecania polszczyzny makaronizmami. Autorytety w zakresie językoznawstwa, jak Jan Miodek czy Katarzyna Kłosińska, przyznają, że warto przywracać żeńskie formy, bo są one często bardzo użyteczne i zwyczajnie logiczne. Byle tylko tworzyło się je z sensem.

    5 komentarzy

  • Oliwia

    Twoje teksty zawsze są idealnie napisane i aż miło się czyta 🙂 Uwielbiam twój styl pisania 😉

  • jotka

    Język się zmienia, sytuacja społeczna też, ale jakoś nie pasują mi żeńskie wersje niektórych zawodów. Sama nie lubię określenia bibliotekarka, wole nauczyciel-bibliotekarz. Zmiana końcówek nie spowoduje nobilitacji ani podwyżki płac, ani tym bardziej szacunku kolegów w pracy. Nie wszystkie zmiany wychodzą językowi na dobre…

  • Megly

    Mnie zawsze te „lożki” brzmiące jak „loszki” śmieszą nieco 😉
    Ja wiem, że poprawnie, ale cóż zrobić jak to tak niefortunnie brzmi.
    Pozdrawiam 😉

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>