Główne menu

Samorealizacja czy zwykły egoizm? Pułapki rozwoju osobistego

Samorealizacja stoi najwyżej w hierarchii ludzkich potrzeb. To dzięki niej nie żyjemy już tylko po to, żeby jakoś tam przetrwać, ona ma uczynić nasze życie pełniejszym, szczęśliwszym, tak by pod koniec stwierdzić z zadowoleniem – odchodzę spełniona. Kłopot w tym, że mnóstwo ludzi trochę opacznie postrzega swój rozwój osobisty i zamiast się doskonalić, skupia się wyłącznie na spełnianiu własnych zachcianek, no bo przecież to najlepsza droga do szczęścia, prawda?

I to ma właśnie tłumaczyć, skąd tak wiele w nas dzisiaj egoizmu. Nie tego zdrowego, który jest niezbędny, ale tego, który ociera się o egocentryzm. Realizujemy się z taką pasją, że nie ma mowy o żadnej zdrowej harmonii, jest tylko ‘ja’, reszta służy jako środek do celu. Plusem na szczęście jest to, że chyba coraz bardziej zaczyna nam to przeszkadzać.

Samorealizacja czy egoizm na życzenie?

Szczęście osobiste może sobie zapewnić dzisiaj każdy. Oczywiście, to tylko taka ładna formułka, bo realizacja pragnień wcale nie jest na wyciągnięcie ręki. Niemniej szansę na wyrwanie się z szarej masy ma każdy. Do wyboru jest dowolna ścieżka, co tam sobie człowiek nie wymyśli, to jak się zaweźmie, ma szansę osiągnąć, wręcz nie wypada marnować swoich talentów. Wreszcie możemy działać wbrew utartym schematom i myśleć o czymś więcej niż tylko napełnienie brzucha. Możemy bezkarnie pomyśleć o sobie i własnych marzeniach.

I to jest bardzo dobre dla naszej psychiki, bo nikt nie lubi jak się mu podcina skrzydła. Więc w czym problem? Ano w tym, że skupienie się na sobie rodzi niebezpieczne pokusy. Dążąc do spełnienia, mnóstwo ludzi zbyt mocno koncentruje się na sobie, ignorując potrzeby innych. Liczy się wyłącznie własna praca, własne uczucia, własna dobra zabawa, własne zdrowie. Nie ma miejsca na bliskość, dzielenie się uczuciami, chyba że te uczucia to czyjś podziw albo zazdrość.

Co gorsza, podobnej postawy coraz częściej uczy się dzieci. Rodzice wspierają ich edukację i nie szczędzą środków, ale jednocześnie, nierzadko zupełnie nieświadomie, utrwalają przekaz – jesteś pępkiem świata. Pozostałe dzieci to albo rywale, albo ‘pomocnicy’ w drodze do sukcesu, czasami to nawet nie daje się czasu na zwykłe, młodzieńcze przyjaźnie, bo szkoda czasu, cóż produktywnego wychodzi z paplaniny pod trzepakiem? I potem taki młody ludzik dorasta, zdziwiony że za centrum wszechświata ma się także cała grupka jego rówieśników. I weź się z nimi dogadaj.

Strasznie mi przeszkadzasz

Egoizmu chętnie uczą się także dorośli. W samorealizacji znajdują świetne wytłumaczenie dla swoich zachciewajek i emocjonalnego lenistwa, zapominając, że w rozwoju chodzi o coś dokładnie przeciwnego. Nie widzą w samorealizacji pracy nad sobą, lecz najprymitywniejszą formę hedonizmu. Zadowalają się najprostszymi rozwiązaniami. Tak naprawdę to ma niewiele wspólnego z rozwojem, znacznie więcej jest w tym zwykłego folgowania sobie. Ale i ci, którzy faktycznie skupiają się na własnych pasjach, uczą się, robią karierę, często nie lubią, gdy ktokolwiek nieproszony wpycha się do ich świata. A nie zapraszają prawie nikogo.

Mają się za lepszych. Każdego sądzą według siebie, nie uznają odmiennych punktów widzenia, nie biorą pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących. Ich samoświadomość polega na tym, że nie dostrzegają świata na zewnątrz, tylko swoje wewnętrzne kółko, które mogą kontrolować. Oczywiście, mają też monopol na rację, są przecież tak ‘rozwinięci’.

Tworzy się taki mini-kult jednostki, a to nigdy nie kojarzy się dobrze. Wszystko, co robi się dla innych, jest wielką łaską, za którą oczekuje się hołdów. Dobry uczynek nie jest po prostu dobrym uczynkiem, to też środek do celu – pokazuje się sobie i innym, że umie się robić rzeczy szlachetne, kolejny punkcik do wysokiej oceny. Oderwanie się od swoich spraw, by zająć się bliskimi, to ogromne poświęcenie, można nim potem ciskać w twarz, że zrezygnowało się z tego i owego, dla ciebie, doceń to, no doceń. A niech ktoś naruszy osobistą wolność! Niewyobrażalne, jak ludzie są roszczeniowi i domagają się uwagi. Za to gdy robią coś dla mnie – o, to jest w porządku, gdyż to mi się należy.

Za dużo ‘ja’

Nie da się jednak tak do końca winić ludzi, którzy w samorealizacji zapędzili się za daleko. Bo właśnie tego się ich uczy, że tak powinno być. Popularne poradniki do ‘odkrywania siebie’ niewiele mówią o tym, jak dogadywać się z innymi, raczej dają wskazówki, jak ich wykorzystać, przekabacić na własną stronę, dyskretnie zmanipulować, wychować na swój użytek. Drogę do doskonałości przechodzi się niejako w oderwaniu od otoczenia. Bliscy to trochę przeszkoda, bo odrywają od planu, no i też mają swoje potrzeby, ale to jakieś banały, upierdliwe i zbędne, jak gdyby ten ktoś nie mógł się od razu poddać. Albo tak się szanuje wzajemnie niezależność, że związek nie jest bractwem dusz, ale dość dziwnym układem – nie potrzebujemy siebie, nie wchodzimy sobie w drogę, jesteśmy razem tak długo, dopóki ktoś nie zażąda czegoś więcej.

Nawet gdy mowa jest o rozwiązywaniu życiowych problemów i traum z przeszłości, największy nacisk kładzie się na ‘ja’. Ja mam zrozumieć, poczuć, wybaczyć, przeanalizować marzenia i wrażenia, dopiero wtedy stanę się w pełni świadoma. Co oczywiście jest potrzebne i bez tego nie da się ruszyć naprzód, ale co z innymi osobami? Jak ułożyć życie na nowo w oderwaniu od otoczenia? Jak pójść dalej, jeśli z nikim się nie wchodzi w dialog? Tego właśnie często brakuje, prawdziwego skupienia uwagi na drugim człowieku. Nie chce się go słuchać, nie bierze się pod uwagę jego marzeń, nie pomaga w ich realizacji, gdyż traktuje się to jako konflikt interesów.

A konsekwencje takiej ‘samoświadomości’ bywają bardzo przykre. Nierzadko udaje się stanąć na nogi, jednak robi się to kosztem własnych uczuć – wysiłek idzie głównie na zdobywanie dóbr materialnych i zaspokajanie przeróżnych kaprysów, ale już nie na pielęgnowanie więzi rodzinnych, miłosnych, przyjaźni.

Na cudze kopyto

W samorealizacji popełniamy jeszcze jeden poważny błąd – wcale nie gonimy za własnymi marzeniami. Rozwój osobisty stał się bardzo modnym tematem, więc i tutaj należy podążać za trendami. Koncentrujemy się na sobie, ale znowu spełniamy jakieś odgórnie narzucone wzorce. One są inne niż x lat temu, ale tak samo mówią, co powinno się robić, w czym można odnaleźć szczęście, a co to szczęście na pewno zabierze.

A jeśli ktoś dojdzie do wniosku, że spełnieniem będzie dla niego chodzenie po parku i oglądanie jak rośnie trawa? To takie odprężające, wraca się do domu z czystą głową i zasypia bez trosk, zamiast przewracać z boku na bok, stresując się niedokończonymi raportami. Ale nie, na drugi dzień się usłyszy, że marnuje sobie życie i się nie samorealizuje, bo najwyraźniej realizacja własnych pragnień następuje wtedy, gdy to pragnienia zaaprobowane przez opinię publiczną.

Z drugiej strony, własne samozadowolenie stało się taką wartością, że jakiekolwiek wymagania naruszają osobiste granice. Nie wolno kogoś krytykować i oceniać, bo to obniża czyjąś samoocenę i sprawia przykrość. O ile w pewnych przypadkach takie działania mają sens, to jednak widać w tym zbyt wiele pobłażliwości, no bo po co się teraz starać, piąć wyżej? Cokolwiek się stanie, jesteś wspaniała, coś schrzanisz, też dobrze, starałaś się, to wystarczy, jesteś zwycięzcą bez względu na sytuację. Czy to nie jest demoralizujące?

Kobieta, nieszczęśliwa egoistka

Na kobiety czyha jeszcze jedna pułapka. Kobieca samorealizacja przebiega inaczej niż u mężczyzn i budzi więcej kontrowersji, bo koncentrowanie się na sobie uchodzi jeszcze w pewnych kręgach za buntowanie się przeciwko naturze. Wiele kobiet nie chce spełniać się wyłącznie jako matka i gospodyni, ale też nie chcą one z macierzyństwa i faceta rezygnować zupełnie. Tymczasem słyszą, że to je ogranicza, jest upadlające, niszczy osobowość i w ogóle każda samoświadoma kobieta powinna się od tego odciąć. I gdy młoda dziewczyna za bardzo w to uwierzy, tak zatraca się w realizowaniu siebie, że zupełnie zapomina, po co to robi.

Nie tyle dąży do szczęścia i spełnienia, ile chce udowodnić światu, jak jest doskonała i ponad głupie stereotypy. Najczęściej oddaje się z zapałem pracy zawodowej, poświęcając jej więcej niż powinna. Żeby jeszcze sprawiało jej to radość… A nie zawsze daje, wręcz przeciwnie, jeśli robi to z niewłaściwych pobudek, czuje wyłącznie zmęczenie i pustkę.

Po co to wszystko?

W samorealizacji zapomina się o najważniejszym – że ona powinna czemuś służyć, a nie być sztuką dla sztuki, co by ludzie zobaczyli, jak ja się pięknie rozwijam, jak weszłam na wyższy poziom świadomości, jak inwestuję w siebie i jak nie marnuję ani jednej minuty swojego cennego życia, bo marnotrawstwo jest dla nieudaczników i malkontentów. A gdzie w tym radość ze spełniania marzeń? Przecież to ma prowadzić do zadowolenia i życiowej równowagi, że nie tylko mam co jeść i gdzie mieszkać, ale jeszcze na dodatek robię, co lubię. I dzielę się tym szczęściem z bliskimi, zamiast widzieć w nich kulę u nogi, bo skupienie się na drugiej osobie nie jest wcale okradaniem siebie z marzeń i czynnikiem uwsteczniającym.

Bywamy też w swoim samorozwoju zbyt pazerni i chciwi na maksimum doznań. Chcemy przeżyć wszystko co możliwe, jak ta dziewczyna z Instagrama i brodaty pan z telewizji. Jak najszybciej i najbardziej kolorowo. Kolekcjonujemy doświadczenia, zamiast wyciągać z nich naukę i pozytywne wrażenia, jedno się jeszcze nie skończy, a już mamy apetyt na kolejne, żeby nie zostać w tyle, żeby nikt nie pomyślał, że ‘nie nadążamy’. Atakuje nas zbyt wiele bodźców, a każdy tak kusi i wydaje się niezwykle łatwy do spełnienia. Oczekiwania więc stale rosną, zasługujemy na coraz więcej rzeczy, do tego nieustannie porównujemy się w resztą, która znowu okazuje się krok dalej, no to trzeba gonić. I zamiast zyskać pełną wolność, wpadamy w jeszcze głębszą pułapkę.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>