Główne menu

Zamieszkać na próbę – czy to zdaje egzamin?

Znacznie lepiej na wspólnym mieszkaniu wychodzą pary z co najmniej kilkumiesięcznym stażem, podejmujące to wyzwanie w pełni świadomie, a nie pod wpływem szalonych emocji. One mają już za sobą fazę uniesienia i mogą sobie pozwolić na szczyptę zwyczajności. I łatwiej im ocenić jakość związku – gdy łuski opadną z oczu, gdy widzimy nie tylko piękny uśmiech, ale i rozrzucone skarpetki, możemy na chłodno ocenić, czy owe skarpetki są na tyle groźną przeszkodą, by zaważyć na przyszłości.

Ślubu nie będzie.

Zła wiadomość jest taka, że wspólne mieszkanie nierzadko odracza decyzję o ślubie ad Kalendas Graecas. Pary żyjące pod jednym dachem często wcale nie mają ochoty formalizować swoich związków. Po co, skoro i tak żyjemy jak mąż i żona? Co ten papier wniesie nowego w nasze życie? Może niewiele, ale wciąż nie brak kobiet (mężczyzn zresztą też), dla których zalegalizowanie związku ma kolosalne znaczenie. Miało być tylko na próbę, a tu kolejne miesiące mijają, druga strona ani myśli się zadeklarować, frustracja rośnie… I ta strona, która pragnie ślubu, zaczyna naciskać, konflikt eskaluje i zamiast marszu Mendelsona ktoś pakuje walizki. Choć może to i dobrze, bo przynajmniej wiemy, że nasze priorytety niekoniecznie się pokrywały.

Na odwlekanie ślubu zwykle skarżą się kobiety, które czują, że odgrywają rolę dobrej żonki, tyle że bez żadnych korzyści, jakie daje małżeństwo. Dopóki para jest zgodna, iż bez kwitka z USC żyje się jej świetnie, wszystko gra. Jesteśmy razem, kochamy się i impreza w białej sukience niczego tu nie zmieni. Ale gdy nie do końca czujemy się w takim układzie szczęśliwe, mieszkanie razem tylko potęguje uczucie, że umyka nam coś istotnego. A o decyzję o ślubie coraz trudniej, bo w codzienność wkradła się rutyna, partner trochę się nam opatrzył, nie bardzo jest motywacja, by prosić kogoś o rękę.

To tylko z rozsądku. Zamieszkać na próbę

Inna sprawa to tak zwany różny poziom zaangażowania. Psychologowie zwracają uwagę, że życie na próbę czasami zawodzi, bo nie decydujemy się na nie po to, by kogoś lepiej zrozumieć i poznać, tylko by żyło się nam wygodniej i taniej. W niczym się nie dogadujemy, nie rozwiązujemy problemów, nie uczymy się współpracy. Ale zyskujemy pewien komfort, bo codziennie mamy ciepły obiad, czystą łazienkę, seks na wyciągnięcie ręki, niższy czynsz i brak obaw o samotny wieczór. Prawda jest jednak taka, że podobnymi pobudkami można się kierować także przy zawieraniu małżeństwa.

Nie ma też sensu zamieszkanie z kimś na próbę wyłącznie po to, by go na każdym kroku testować. To z reguły kończy się fiaskiem. Drugi człowiek to nie sprzęt audio, nie ustawimy go stosownie do swoich oczekiwań i wymagań. Jeśli czatujemy tylko na czyjeś błędy i skrzętnie notujemy wszelkie potknięcia, nie dostrzegając kompletnie zalet, nie liczmy na świetlaną przyszłość we dwójkę. To raczej pokazuje, że nie dorośliśmy jeszcze do poważnych związków. Życiem pod jednym dachem należy się cieszyć, a wady wyłapywać niejako przy okazji.

Mieszkanie na próbę – niespodziewana przyczyna porażki?

Mieszkanie na próbę ma nam zaoszczędzić przykrych niespodzianek. To taki test z praktyki: albo go zdajesz, albo się rozchodzimy. Teoretycznie więc, związki z takim doświadczeniem na koncie powinny być lepiej dobrane, a więc i szczęśliwsze. Tymczasem okazuje się, że bywa dokładnie na odwrót. Liczne badania wskazują, że pary po ślubie, które wcześniej dzieliły ze sobą jedno lokum, częściej deklarują niższy poziom satysfakcji z małżeństwa. Skąd się to bierze?

Według raportu „The National Marriage Project”, wspólne mieszkanie obniża rangę wydarzenia, jakim jest ślub. Takie pary nagminnie zaniedbują cały ten ceremoniał związany z małżeńską przysięgą. Nie celebrują zaręczyn, raczej traktują je jako coś oczywistego. Nierzadko w ogóle odpuszczają sobie uroczyste oświadczyny, po prostu uzgadniają, że są już gotowi na ten krok. Bez większych uniesień, jak to ma zazwyczaj miejsce u par, które żyją oddzielnie. Na pytanie, dlaczego wzięli ślub odpowiadają, że „tak wyszło”, „to była naturalna kolej rzeczy”, „już przyszła na to pora”. Ich małżeństwo nie zawsze wynika z wewnętrznego przekonania, tylko po części jest konsekwencją przyzwyczajenia, po części zawiera się je dla świętego spokoju, żeby zrobić przyjemność rodzicom bądź uniknąć plotek.

I tu prawdopodobnie leży sedno problemu. Na kolejny poziom, którym jest małżeństwo, przechodzimy automatycznie, zamiast robić z tego ważne wydarzenie. Nie mając wcale przekonania, że to dobry pomysł. W efekcie współmałżonek może się okazać przykrym ciężarem, którego w dodatku trudno się pozbyć. Natomiast związki, które do tego kroku przykładały większą wagę i miały świadomość, że ślub totalnie odmieni ich dotychczasowe, „pojedyncze” życie, w większości stwierdzały wysoki poziom zadowolenia ze swojego małżeństwa. Rzecz jasna, zamieszkanie z kimś dopiero po ślubie nie jest żadnym ubezpieczeniem od rozczarowania. Chodzi jednak o to, że pary żyjące osobno, mniej uzależnione od partnera, nieobarczone wspólnymi obowiązkami, rzadko kiedy biorą ślub bo „tak się złożyło”. Dzięki temu ich małżeństwo jest faktycznie tym, czego szczerze pragną (inna sprawa co dzieje się potem), podczas gdy parom non stop przebywającym ze sobą nierzadko takiego przekonania brakuje. Dlatego potem tak często się rozwodzą.

Wpadamy w pułapkę własnej przezorności

Po co nam doświadczenie, z którego nie wyciągamy żadnych wniosków? Bądź wyciągamy je, ale to już bez znaczenia, bo i tak nie da się wrócić do stanu „sprzed”? Przeprowadzając się do partnera, kierujemy się rozsądkiem. Okazujemy dojrzałość. Zanim coś definitywnie postanowimy, rozważamy wszystkie „za” i „przeciw”. Tak mówimy, a następnie robimy coś kompletnie innego.

Wspólne życie miało pokazać, czy do siebie pasujemy. Okazało się, że nie do końca, ale zamiast się rozstać, brniemy dalej. Bo strach, że zostaniemy zupełnie sami, bo przyzwyczajenie, bo nie chce się nam zaczynać tego wszystkiego od nowa z kimś innym. Żyjąc razem, mocno się ze sobą wiążemy. Kupujemy razem drogie kino domowe, dokładamy się do remontu, a nawet bierzemy na spółkę kredyt na mieszkanie. Rzucić to, bo ktoś nam działa na nerwy? Wcale nie tak łatwo.

Im bardziej para jest ze sobą związana, tym ciężej zakończyć przedmałżeński test. Kto weźmie psa? Jak rozliczymy wydatki na zakup mebli? A co ze wspólnymi znajomymi? Co z hipoteką?

Przy wieloletnim mieszkaniu we dwójkę pojęcie „na próbę” już dawno straciło swój pierwotny zamysł. Żyjemy po małżeńsku i choć do rozstania niepotrzebny nam oficjalny rozwód, to zakończenie sprawy jest równie bolesne. Nie ma znaczenia, jaki status jako para posiadamy względem prawa. Przy silnych więzach i poważnych, wzajemnych zobowiązaniach nie da się tak ot tak strzelić focha, wyjść i trzasnąć drzwiami na do widzenia.

Spróbuj, a się przekonasz

Doświadczenia wielu par pokazują, że jeśli mieszkanie przed ślubem ma przynieść pożądane efekty, to nie może to trwać zbyt długo. Z drugiej strony, czy jeden rok wystarczy, by poznać kogoś na wylot? Mimo tych dylematów, plusów zdaje się być więcej niż minusów. Ostatecznie ci, którym to doświadczenie nie wyszło, pewnie nie poradziliby sobie także idąc tradycyjną ścieżką do małżeństwa, bo najwyraźniej nie dorośli do poważnego związku lub zwyczajnie do siebie nie pasują.

Kłopotem może być też jeszcze coś innego. Do małżeństwa podchodzimy dzisiaj bardzo racjonalnie. Czasami aż za bardzo. Wszystkiego musimy posmakować, obejrzeć z każdej strony, a tak się nie da. Udane związki potrafią się zepsuć i po 20 latach, trudno więc oczekiwać, że wspólna chata udzieli odpowiedzi na wszystkie trapiące nas pytania. Małżeństwo tak czy inaczej jest wielkim ryzykiem i choć bez wątpienia warto przez kilka miesięcy pomieszkać ze sobą, to trzeba też pamiętać, że ze ślubem czy bez, i tak ciągle musimy pracować nad swoim związkiem.

    10 komentarzy

  • Wioleta

    zapewne jest możliwość poznania bliżej osoby z którą przecież chcemy żyć, zwłaszcza wad i zdecydować czy je akceptujemy. Choc z drugiej strony jak się kocha to wady stają się mniej istotne

  • Lucyna

    Obecnie WIEKSZOŚĆ par latami mieszka ze sobą przed ślubem, a 2 lata po ślubie się rozwodzi co absolutnie przeczy teorii poznawania się poprzez wspólne mieszkanie. Niby ślub to dla nich „tylko papierek” a jednak tyle zmienia – niebywałe!!

  • prawa ręka

    oczywiście, że wspólne mieszkanie przed ślubem nie gwarantuje braku rozwodu po ślubie 🙂 moim zdaniem warto jednak starać się zamieszkać z kimś, ze znajomymi, potem może z narzeczonym – bo to uczy sztuki kompromisu ogólnie

  • Beata

    Przed ślubem mieszkałam z narzeczonym 5 lat … a wyprowadziłam się 9 msc po ślubie . Wspólne mieszkanie niczego nie gwarantuje, ale nie wyszłabym za mąż bez wcześniejszego wspólnego mieszkania ….

  • Renata

    Zamieszkalam z facetem po 4 mcach znajomosci. A teraz minie nam 4 lata mieszkania pod jednym dachem. A slub? Pewnie kiedys…

  • Anna

    Nie ma reguły. Trzeba trafić na odpowiednią osobę

  • Robert

    Nie ukryjesz brudnych skarpet i starych gaci…

  • Joanna

    to nic nie daje…według mnie nie ma sensu decydować się na mieszkanie ze sobą przed ślubem

  • monika

    niezle I zaczelys ie watpliwosci ja mam zamieszkac z moim facetem za kais mc …. ocham go ale to do niego sie wprowadzam I co

  • Kasia K.

    Nie mieszkaliśmy razem przed ślubem. A jesteśmy już po 8 lat. Bez ślubu łatwiej jest powiedzieć „żegnaj”, jak się już ma papierek to jednak człowiek bardziej się stara rozwiązać problemy.

Zostaw komentarz

Możesz użyć HTML tagów i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>